Wyślij
Udostępnij:
 
 
iStock

Trzeba uwierzyć na słowo

Redaktor: Krystian Lurka |Data: 21.09.2022
 
 
Wypisywanie recept dla obywateli Ukrainy, którzy wymagają stałego przyjmowania leków, a nie mają odpowiedniej dokumentacji medycznej z kraju pochodzenia, zeszło do szarej strefy. Czy lekarz ma prawo wystawić dokument uprawniający do refundacji, jeśli w kwestii zapotrzebowania musi pacjentowi uwierzyć na słowo? I czy lekarzowi potem uwierzy płatnik?
– Wyobraźmy sobie, że przychodzi do lekarza pacjent z Ukrainy, bo kończą mu się leki, które w związku z chorobą przewlekłą przyjmuje od lat. Pominięcie dawek może poważnie zagrozić jego zdrowiu lub nawet życiu. Niestety, w jego ojczyźnie toczy się wojna, nie ma więc dostępu do dokumentacji medycznej, a postawienie diagnozy wymaga specjalistycznych badań, które zajmą wiele czasu. Zgodnie z przepisami, refundacja przysługuje, o ile lekarz w momencie wystawiania recepty diagnozuje u pacjenta schorzenie, które wymienione jest wśród objętych refundacją dla danego leku – wyjaśniła problem rzeczniczka praw lekarza OIL w Warszawie Monika Potocka.

Jeśli w takiej sytuacji mimo wszystko lekarz wypisze receptę z refundacją, nie ma pewności, czy Narodowy Fundusz Zdrowia owej refundacji nie zakwestionuje i nie będzie oczekiwał zwrotu pieniędzy oraz uiszczenia kary umownej. Dlatego sprawa stała się przedmiotem wzmożonej korespondencji między RPL OIL w Warszawie a Ministerstwem Zdrowia.

– Brak jasnych wytycznych wskazujących, jak w takiej sytuacji lekarz ma postąpić, zmierza do przerzucenia całej odpowiedzialności na lekarza – napisała dr Potocka w liście do Departamentu Dialogu Społecznego Ministerstwa Zdrowia już w czerwcu tego roku.

Odpowiedź, jaką skierowało do izby ministerstwo, niewiele jednak wyjaśniła. Resort zacytował w nim przepisy prawa farmaceutycznego dotyczące warunków refundacji, ale te mówiące o konieczności postawienia diagnozy pozostawił bez oczekiwanego komentarza. Niezwłocznie wysłano kolejne pismo, ponawiając prośbę o interpretację niejasnych norm prawnych. W połowie sierpnia rzeczniczka praw lekarza doczekała się odpowiedzi wiceministra Macieja Miłkowskiego.

– Jeśli zlecenie odpowiednich badań, umożliwiających postawienie diagnozy, a w konsekwencji przepisania właściwych leków, w ocenie lekarza wiąże się z ryzykiem pogorszenia lub zagrożenia stanu zdrowia lub życia pacjenta (z uwagi na okres oczekiwania na wynik), diagnoza powinna zostać przeprowadzona wszelkimi dostępnymi metodami. Powyższe obejmować może wywiad z pacjentem, ocenę ryzyka, badanie przedmiotowe itd. Dany lek powinien zostać natomiast przepisany w ilości umożliwiającej prowadzenie stosownej kuracji oraz potrzebnej do czasu dokonania diagnostyki pogłębionej, weryfikującej, czy zastosowana terapia jest właściwa – stwierdził przedstawiciel Ministerstwa Zdrowia,

– Podkreślić należy, że odpowiedzialność za prowadzoną terapię zawsze spoczywa na lekarzu i to on, na podstawie dostępnych metod, podejmuje ostateczną decyzję o przepisaniu konkretnych leków – podkreślił wiceminister zdrowia. Trzeba zaznaczyć, że na wstępie Maciej Miłkowski oświadczył, że „nie jest możliwe odgórne określenie zasad postępowania odnoszących się do wszystkich potencjalnych sytuacji”.

– Ministerstwo nadal, zamiast wziąć odpowiedzialność za skutki przepisów, jakie wprowadziło, chce ją przerzucić na lekarzy. A my za ewentualne zastrzeżenia NFZ w kwestii refundacji możemy potem odpowiadać finansowo. Dlatego ta odpowiedź nas nie satysfakcjonuje i będziemy działać dalej, póki nie otrzymamy jednoznacznej interpretacji – zapowiedziała Monika Potocka.

Tekst opublikowano w Miesięczniku Okręgowej Izby Lekarskiej w Warszawie „Puls” 9/2022.

 
© 2022 Termedia Sp. z o.o. All rights reserved.
Developed by Bentus.