Wyślij
Udostępnij:
 
 
Archiwum

Janiszewski: Powtórzę, dosyć limitów w leczeniu dzieci

Autor: Krystian Lurka |Data: 03.06.2020
 
 
– Wybieranie, które dzieci leczyć – mówiąc delikatnie – to sytuacja bardzo niedobra. Stan żadnego dziecko ze stabilnego na pilny nie powinien się zmieniać tylko dlatego, że w odpowiednim czasie odmówiono mu leczenia. To nie jest coś, o czym powinniśmy w XXI w. w ogóle dyskutować – przyznaje właściciel kancelarii doradczej Rafał Janiszewski. – A dziś jest tak, że o pewnych schorzeniach częściej i chętniej mówi się w mediach, co zwiększa szanse, aby dzieci miały do nich dostęp. Dlaczego? Bo pod presją mediów i opinii publicznej, minister „mięknie” – dodaje ekspert.
Ministerstwo Zdrowia zapowiedziało zniesienie limitów na wszczepianie implantów słuchu u dzieci. Jest pan usatysfakcjonowany? W „Menedżerze Zdrowia” apelował pan o zniesienie limitów w pediatrii…
– Nie, nie satysfakcjonuje mnie. Powtórzę, należy zagwarantować nielimitowanie wszystkich świadczeń udzielanych dzieciom. Dziś jest tak, że o pewnych schorzeniach częściej i chętniej mówi się w mediach, co zwiększa szanse na to, aby dzieci miały do nich dostęp. Dlaczego? Bo pod presją mediów i opinii publicznej, minister „mięknie”. Metoda drobnych kroków w tym przypadku to droga donikąd. Nikt racjonalny nie powinien wyrokować, czy poważniejszym schorzeniem u dziecka jest niedosłuch czy wrodzona wada kręgosłupa. A takiego „krokowego” działania obawiam się również z tego względu, że to daje rządzącym wymówkę. Zawsze mogą powiedzieć: „Przecież się staramy, robimy, ile możemy”. A w pediatrii nie należy się starać, tylko działać.

Mówi pan o tym, jakby to było proste, a tymczasem rzecznik praw dziecka Mikołaj Pawlak, co prawda chwali pańską inicjatywę, ale także wylicza trudności. W piśmie skierowanym do „Menedżera Zdrowia” pisze: „Należałoby rozważyć czy rzeczywiście jest potrzeba likwidacji limitów w przypadku leczenia każdego dziecka, czy istotniejsze byłoby przeanalizowanie ewentualnych zmian w wysokości lub sposobie finansowania świadczeń, które są ratującymi życie i czy ich szybkie wykonanie jest gwarantem zachowania przez dziecko zdrowia”.
– Panie rzeczniku – tak, zniesienia limitów jest potrzebne w przypadku leczenia każdego dziecka. W swojej wieloletniej praktyce współpracy ze szpitalami i lekarzami, słyszę niemal codziennie, że limitowanie świadczeń, czyli utrzymywani ich w ryczałcie, zawsze stawia ich przed wyborem. Są zmuszeni dzielić ryczałt, a to oznacza konieczność selekcji i wyboru mniejszego zła.

Brzmi strasznie…
– Niestety, tak to wygląda, trzeba z tym skończyć. Prawo kolejkowe, które mamy, jest całkiem niezłe. Ono kategoryzuje chorych i nakazuje w pierwszej kolejności leczyć przypadki nagłe, później pilne, a następnie stabilne. Ale przecież jest oczywiste, że jeśli dziecko będzie zbyt długo czekało na leczenie, to z przypadku stabilnego, ono stanie się przypadkiem pilnym. Ta sytuacja wprost powoduje pogorszenie jego stanu zdrowia na skutek zaniechanie leczenia, które to odbywa się zgodnie z prawem. Proszę też zwrócić uwagę, że w tym systemie dochodzimy do sytuacji, kiedy nagle leczymy już tylko samych pilnych pacjentów.

Jestem w stałym kontakcie z dyrektorem i wybitnymi profesorami Ortopedyczno–Rehabilitacyjnego Szpitala Klinicznego im. Degi w Poznaniu, w którym dzieci są najpierw diagnozowane, następnie wykonywane są im specjalistyczne – często wieloetapowe – zabiegi operacyjne, po których natychmiast włączana jest rehabilitacja. Jaka tam jest sytuacja? Otóż taka, że jeżeli oni zaopatrują dzieci w stanie nagłym i pilnym oraz dzieci z pakietu „Za życiem” – które mają ustawowo zagwarantowane leczenie bez kolejki – a następnie realizują plany leczenia, to dochodzimy do sytuacji, w której dostępności nowych pacjentów do leczenia jest znikoma. Odbywa się selekcja. Wybieranie, które dzieci leczyć, a które nie – mówiąc delikatnie – to sytuacja bardzo niedobra. Stan żadnego dziecko ze stabilnego nie powinien się zmieniać, tylko dlatego, że w odpowiednim czasie odmówiono mu leczenia. To nie jest coś, o czym powinniśmy w XXI wieku w ogóle dyskutować . To jest oczywiste i kiedy rozmawiam z lekarzami z „Degi”, to słyszę od nich, że podpisują się pod moimi projektami. Mówią, że gdyby zniesiono limity, mogliby włączać w leczenie nowe dzieci.

Po raz kolejny wspomniał pan o sytuacjach, kiedy oczekujące na leczenie dziecko ze stanu stabilnego przechodzi w pilny. Zna pan dane, jak często tak się dzieje?
– W różnych placówkach jest różnie. Proszę pamiętać, że to jest kwestia odpowiedzialności szpitala za pacjenta, więc jeśli to jest podmiot, w którym leczeni się zarówno dorośli, jak i dzieci, to są podejmowane starania, by unikać stacji, w których dziecko poniesie jakąkolwiek szkodę z tego tytułu, że czekało na leczenie. U „Degi” zawsze są nierozliczone z funduszem świadczenia. Dyrekcja się domaga, żeby Narodowy Fundusz Zdrowia zapłacił za wszystkie dzieci, które wyleczyli nawet powyżej kontraktu, stara się to wszystko jakoś „zmieścić” w rachunku kosztów, ale tak się nie da. Bez zniesienia limitów taki szpital jest na przegranej pozycji i albo będzie odsyłał dzieci, albo ustawiał je w długą kolejkę, albo się zadłużał.

Ci, którzy wybierają opcję zadłużania, robią to tylko z pobudek etycznych?
– Nie tylko. Trzeba pamiętać, że szpital odpowiada za szkodę pacjenta. Z prawa pacjenta wynika, że niepożądanym zdarzeniem medycznym jest również pogorszenie stanu zdrowia w wyniku nieudzielenia świadczenia w odpowiednim klinicznie czasie. A równocześnie lekarz słyszy od płatnika, że ma wybierać. Apeluję, aby w przypadku dzieci nie wybierać.

Wrócę jeszcze do zastrzeżeń i obaw rzecznika praw dziecka dotyczących pańskiego postulatu. Mikołaj Pawlak zwraca uwagę, że w Polsce dostęp do wielu procedur medycznych dla dzieci jest ograniczony z powodu braków kadrowych w systemie ochrony zdrowia. Pisze: „Mamy przede wszystkim zbyt mało lekarzy specjalistów w tzw. dziedzinach dziecięcych i choćby nie wiedzieć jak dobrze były finansowane dane procedury, to przy brakach kadrowych nie ma ich często kto wykonać”.
– Kiedy słyszę takie argumenty, to przypomina mi się rozmowa z pijakiem z „Małego Księcia”, podczas której dziecko pyta mężczyznę siedzącego w milczeniu przed pustymi i pełnymi butelkami, co robi. Odpowiada, że pije. Dziecko pyta, dlaczego. Mężczyzna mówi, że po to, aby zapomnieć. O czym zapomnieć? Dopowiada, że aby zapomnieć, że wstydzi. Mały Książę dopytuje, czego się wstydzi. Pijak odpowiada, że tego, że pije.

Ironizuję, ale prawda jest taka, że jeżeli nie sprawimy, że pediatria stanie się dziedziną atrakcyjną – to znaczy taką, która ma zapewnione stabilne finansowanie, czyli bezlimitowość świadczeń – to jest jasne, że młodzi lekarze nie będą chcieli się w tym kierunku kształcić. A jeśli powiemy: „Pediatria to nasz priorytet, w tej dziedzinie będziecie się mogli rozwijać i się zawodowo spełniać, w pediatrii nie ma mowy o konieczności odmawiania pacjentom leczenia”, to wtedy młodzi od razu zrozumieją, że to jest dla nich atrakcyjna przyszłość. Chciałbym też odczarować to przeświadczenie, że mamy w Polsce niewiele specjalistów. Przypominam, że podstawowym kontaktem dla dziecka jest lekarz podstawowej opieki zdrowotnej, a podczas kursu dla lekarzy tej specjalności uczący koncentrują się na pediatrii. Ci ludzie są naprawdę w tej dziedzinie biegli. Mamy wielu i nie zgadzam się ze stwierdzeniem rzecznika praw dziecka.

Zwracam też uwagę, że my, Polacy, jesteśmy narodem, który w kulturze ma miłość i empatię do dzieci, więc przestrzeń do rozwijania pediatrii jest. Trzeba tylko stworzyć takie warunki szpitalom, dać poczucie finansowego bezpieczeństwa, aby mogły powiedzieć: „W porządku, inwestujemy w pediatrię, bo mamy pewność, że to jest priorytet rządu”.

Dochodzimy do sedna, czyli do finansowania pana planów. Proponuje pan, aby ograniczyć finansowanie opieki sanatoryjnej, by zaoszczędzone w ten sposób pieniądze przeznaczyć na leczenie dzieci. Ale to nie pan jest premierem, który musiałby wytłumaczyć starszym, schorowanym ludziom, że już nie pojadą do uzdrowiska.
– Jestem przekonany, że w którymś momencie – niezależnie od mojego projektu – będziemy musieli po te pieniądze sięgnąć i zreformować system uzdrowisk. Od dłuższej czasu mówi się o tym, że istnieje konieczność np. ich częściowej komercjalizacji czy też sięgnięcia po innego płatnika, np. PFRON. Reforma nie musi oznaczać, że człowiek potrzebujący leczenia uzdrowiskowego nie będzie miał dofinansowania tych usług! Co nie zmienia faktu, że uważam, że dziś w naszym systemie ta forma leczenia na pewno nie jest priorytetem. Chcę też zwrócić uwagę na kluczową rzecz. Ktoś, kto rzeczywiście się zna na systemie ochrony zdrowia w Polsce, doskonale wie, że zniesienie limitów w pediatrii nie wygeneruje ogromnego wzrostu wydatków. Nie mamy dzieci, które umierają na ulicach, bo nie ma pieniędzy na ich leczenie. Mamy dzieci, których stan zdrowia nie poprawia się tak, jak mógłby się poprawiać, gdybyśmy dysponowali odpowiednią liczbą wyspecjalizowanych placówek, które mogłyby pracować na 100 procent możliwości bez konieczności selekcjonowania dzieci. Zmieni się więc jakość i wyspecjalizowanie jednostek.

Rzecznik praw dziecka serdecznie panu dziękuje i zapowiada, że będzie przyglądał się z uwagą dalszym losom proponowanych zmian legislacyjnych.
– Rzecznik praw dziecka nie powinien się mojej inicjatywie przyglądać, tylko się włączyć w działania na rzecz dzieci. Ma instrumenty i narzędzia, by z pomysłem wyjść. Jako wieloletni ekspert i współpracownik biura RPD – człowiek, który czuje odpowiedzialność w związku z odznaczeniem za zasługi w walce o prawa dzieci – uznałem, że mam mandat, by się o prawa dzieci do leczenia zwrócić. Ofiarowałem rządzącym swój projekt, a RPD jest przedstawicielem rządu. Powinien więc dostosować ewentualnie moje propozycje legislacyjnie i jasno się tego domagać, by leczenie dzieci było priorytetem w ochronie zdrowia w całości, a nie w kawałkach.

Wierzy pan, że to się uda?
– Myślę, że ma szansę się udać. Propozycja nie została podjęta przez rząd dlatego, że po stronie regulatora jest wiele niewyjaśnionych obaw. Przede wszystkim, ile to będzie kosztowało. Niektórzy straszą też, że nagle wszyscy świadczeniodawcy będą chcieli się zajmować tylko leczeniem dzieci. Przecież to absurd! Szpital onkologiczny leczący dorosłych nie zrezygnuje z tego, żeby się przemienić w placówkę pediatryczną. Bądźmy poważni. I popatrzmy też, ile chorób u dorosłych bierze się stąd, że mamy wieloletnie zaniedbania w profilaktyce i leczeniu dzieci.

Przeczytaj także: „Mikołaj Pawlak o zniesieniu limitów w leczeniu dzieci” i „Dość limitów w leczeniu dzieci”.

Zachęcamy do polubienia profilu „Menedżera Zdrowia” na Facebooku: www.facebook.com/MenedzerZdrowia i obserwowania kont na Twitterze i LinkedInie: www.twitter.com/MenedzerZdrowia i www.linkedin.com/MenedzerZdrowia.
 
© 2020 Termedia Sp. z o.o. All rights reserved.
Developed by Bentus.
PayU - płatności internetowe