Zdolna, ale bez zdolności na telewizor
Senat
– Przyszła z wypowiedzeniem. Zapytałam, dlaczego. Odpowiedziała: „Chcieliśmy z mężem wziąć telewizor na raty. Bank mi odmówił, stwierdził, że nie mam zdolności kredytowej” – tak Iga Lipska, była dyrektor Departamentu Polityki Lekowej w Ministerstwie Zdrowia, wspomina główną specjalistkę z Wydziału Refundacji. Skrupulatna pracownica, która współtworzyła listę leków refundowanych, odeszła do firmy farmaceutycznej. Pracuje tam do tej pory, za stawkę kilkukrotnie wyższą. Dziś już stać ją na domowy sprzęt. A to niejedyny wstydliwy przykład…
- 13 października w tekście „Specjalista idealista” opisaliśmy zarobki w publicznych instytucjach zdrowotnych, w których wykwalifikowanym analitykom proponuje się uposażenia bliskie najniższej krajowej. Po publikacji do redakcji zgłosili się ludzie z branży, dziękując za zwrócenie uwagi na ten pomijany problem
- Głos zabiera także Iga Lipska, była dyrektor Departamentu Polityki Lekowej i Farmacji w Ministerstwie Zdrowia, która pracowała wiele lat w systemie zdrowia po stronie publicznej: także w Narodowym Funduszu Zdrowia oraz Agencji Oceny Technologii Medycznych i Taryfikacji. Dziś Iga Lipska pracuje w Fundacji Instytut Polityki Zdrowotnej oraz Gdańskim Uniwersytecie Medycznym
- Z ekspertką „Menedżer Zdrowia” rozmawia o mechanizmach drenażu kadr, pracy nad wykazem refundacyjnym do godz. 3 rano, ofercie pracy z dyskontu, którą urzędnicy Departamentu Polityki Lekowej i Farmacji powiesili na ministerialnej ścianie, i kłopotach z zakupem telewizora
Przykład oferty pracy w Ministerstwie Zdrowia – specjalista do spraw refundacyjno-analitycznych w Departamencie Polityki Lekowej i Farmacji. W ogłoszeniu nr 168118 czytamy, że osoba ta zajmuje się merytorycznymi zadaniami w ramach subfunduszu terapeutyczno-innowacyjnego, z którego finansuje się najdroższe technologie lekowe o wysokiej wartości klinicznej. Urzędnik monitoruje dane o refundacji, analizuje zawiły rynek farmaceutyczny i ściśle współpracuje z innymi agencjami przy wycenach terapii, które nierzadko ratują życie. Od kandydata z wyższym wykształceniem kierunkowym (medycyna, farmacja, biotechnologia) wymaga się biegłego poruszania w gąszczu ustaw, a sam urząd lojalnie ostrzega o ryzyku korupcyjnym. Państwo wycenia tę potężną odpowiedzialność na zaledwie ok. 5100 zł netto miesięcznie (7106,93 zł brutto), a w warunkach zatrudnienia podaje, że posada wiąże się z permanentną obsługą klientów zewnętrznych oraz krajowymi i zagranicznymi wyjazdami służbowymi. Czy to przystoi?
Pracowałam w administracji publicznej przez niemal 20 lat: w Ministerstwie Zdrowia, Agencji Oceny Technologii Medycznych i Taryfikacji oraz Narodowym Funduszu Zdrowia. Kierowałam zespołami projektowymi, na co dzień współpracowałam z zatrudnionymi przez nas specjalistami – i zawsze twierdziłam, że aby zrobić jakościowy projekt, trzeba ludziom przyzwoicie zapłacić. Niestety, było i jest inaczej. Podany przez pana przykład oferty pracy w DPLiF wcale mnie nie zaskakuje. Oczywiście, to nie przystoi, wręcz zasmuca. Tym bardziej że nie mówimy o wyjątku.
Doprowadziliśmy w Polsce do sytuacji, w której powszechna stała się następująca ścieżka kariery: młodzi ludzie kończą studia, zatrudniają się na kilka lat (choć najczęściej rok, dwa lata) w zdrowotnych instytucjach publicznych, zagryzają zęby, pracując za ułamek swojej rynkowej wartości – wszystko po to, by zdobyć wiedzę i kontakty. Potem odchodzą. Dziś prawie wszyscy ci, z którymi pracowałam w administracji publicznej, są zatrudnieni w przemyśle farmaceutycznym. Mówiąc wprost: system zdrowia proponuje im minimalne wynagrodzenie, wykorzystuje, intensywnie szkoli, a potem pozwala, by koncerny farmaceutyczne przejęły nabytą przez nich wiedzę i kompetencje za krotność publicznej stawki.
W Ministerstwie Zdrowia od stycznia 2018 r. zajmowała pani stanowisko dyrektora Departamentu Polityki Lekowej i Farmacji. Ile pani zarabiała?
Szczerze – zostałam ściągnięta do resortu przez ówczesnego wiceministra Marcina Czecha, z którym negocjowałam umowę. Wynegocjowałam kontrakt na kwotę ok. 11 tys. zł netto. Po doliczeniu dodatku stażowego (miałam już ponad 20 lat doświadczenia zawodowego) i uwzględnieniu wynagrodzenia za pracę w Komisji Ekonomicznej otrzymywałam w sumie prawie 20 tys. zł netto miesięcznie. Uważałam – i nadal uważam – że to uczciwe wynagrodzenie za wykonywaną pracę i odpowiedzialność, jaką ponosiłam. Decyzje zapadające w moim departamencie dotyczyły miliardów złotych przeznaczonych na politykę lekową i refundację, a presja ze strony koncernów farmaceutycznych oraz organizacji pacjenckich była ogromna. Ponadto była to praca pod olbrzymią presją czasu, wymagająca pełnej odporności psychicznej, precyzji i gotowości do wysiłku daleko wykraczającego poza standardowe godziny pracy – często pracowaliśmy po kilkanaście godzin na dobę, a w weekendy opracowywaliśmy strategiczny dokument rządowy, czyli politykę lekową państwa.
A co z pani współpracownikami?
Zanim przejdę do przykładów… Pierwsze, co zrobiłam po objęciu stanowiska, poprosiłam o listę pracowników DPLiF – zestawienie ich kompetencji, wykształcenia, umiejętności językowych i zarobków.
I…?
I panie z kadr mi odmówiły. Pytały, po co dyrektorowi departamentu wiedza o zarobkach pracowników. Zaparłam się. Gdy po kilku tygodniach w końcu dostałam tabelę, byłam zszokowana. Dominowały tam wynagrodzenia rzędu 2,9–4,3 tys. zł netto (4–6 tys. zł brutto). Zmotywowani i wyedukowani przez nas dwudziestoparolatkowie pracowali za minimalną pensję, wykonując ogrom pracy analitycznej. Co trzeba podkreślić: byli przy tym stale narażeni na ogromną presję oraz korupcję. Omawiając wcześniej ofertę pracy, wspomniał pan, że urząd lojalnie ostrzega o takim ryzyku. To nie jest teoria. Zagrożenie jest realne, a lobbing potężny. To niewyobrażalna presja – tak dla dyrektora, jak i dla szeregowego specjalisty w DPL.
To tło. Przejdźmy do przykładów.
Przykład pierwszy z 2018 r. Był w ministerstwie specjalista odpowiedzialny za opracowywanie tabeli w Excelu, która stanowiła podstawę dla wykazu leków refundowanych. Pracował m.in. przy obwieszczeniu ministra w sprawie wykazu refundowanych leków, środków spożywczych specjalnego przeznaczenia żywieniowego oraz wyrobów medycznych. Tysiąc stron, miliony wierszy, każda komórka arkuszu kalkulacyjnego na wagę złota, a każda decyzja warta setki tysięcy, a nierzadko miliony złotych. Kiedy wykaz refundacyjny powstawał, pracowaliśmy często do drugiej, trzeciej w nocy. Pracownicy wychodzili przed godz. 23 tylko dlatego, żeby zdążyć kupić cokolwiek do jedzenia. Któregoś wieczoru ten pracownik DPL przyniósł dla żartu plakat z rekrutacją do popularnego sklepu spożywczego. Pracownicy powiesili go na ścianie departamentu. W sumie wszyscy się śmialiśmy, ale był to śmiech przez łzy. Ci ludzie, tworząc potężny, newralgiczny dla państwa dokument, wiedzieli, że pracując „na kasie”, zarabialiby więcej. Żarty żartami – czasami nie pozostaje nic innego – ale ostatecznie jest to sytuacja smutna, niegodna i wstydliwa dla Polski jako państwa.
Drugi przykład. W naszym departamencie, w wydziale refundacyjnym, pracowała oddana pracy, niezwykle kompetentna kobieta. Lubiła to, co robiła, i dawało jej to satysfakcję. Była zatrudniona na stanowisku głównego specjalisty. Pewnego dnia przyszła wynegocjować lepsze warunki płacowe. Otrzymała odmowę. Niedługo potem położyła mi na biurku wypowiedzenie. Zapytałam, co się stało. Odpowiedziała: „Chcieliśmy z mężem wziąć kredyt na telewizor. Bank mi odmówił. Powiedzieli, że nie mam na ten sprzęt zdolności kredytowej. Usiedliśmy z mężem i uznaliśmy, że czas na zmianę pracy”. Zaznaczam – to nie był sprzęt za kilkadziesiąt tysięcy złotych, tylko zwykły ratalny zakup w markecie. Dziewczyna, która na co dzień współdecydowała o obrocie miliardami publicznych środków finansowych, nie dostała zgody na zakup zwykłego telewizora w systemie rat „zero procent”. Tu kończą się żarty. Dziś ta osoba pracuje nadal w tej samej firmie farmaceutycznej na stanowisku analityka ds. public policy. Jest bardzo zadowolona i dobrze zarabia.
Ile?
Z tego, co wiem, to około pięciu, sześciu razy więcej. Taka po prostu była jej wartość na rynku pracy. Jej wiedzę i doświadczenie państwo powinno na tyle wyceniać już w 2018 r.
Powtórzę, by to dobrze wybrzmiało – pracowaliśmy nad ważnymi modyfikacjami list refundacyjnych, wprowadzaliśmy przełomowe zmiany w leczeniu onkologicznym. To od nas – między innymi od skrupulatnego specjalisty, który przyniósł plakat ze stawkami „na kasie”, oraz od kobiety, która nie miała zdolności kredytowej na raty za telewizor – zależało życie i zdrowie milionów pacjentów. To dzięki naszej pracy Polska oszczędzała lub nie setki milionów złotych. Mogliśmy skutecznie negocjować ceny leków, precyzyjnie definiować kryteria włączenia chorych do programów lekowych i monitorować efektywność leczenia. Sprawiało to, że publiczne pieniądze trafiały wyłącznie do pacjentów/pacjentek, którzy faktycznie mogli odnieść kliniczną korzyść z drogiej terapii, eliminując tym samym marnowanie środków na nieskuteczne leczenie. W praktyce państwo powierzało ludziom zarabiającym w okolicach najniższej krajowej – pracującym po nocach za biurkami – kontrolę nad wydatkowaniem miliardów złotych, każąc im chronić system przed drenażem przez globalny biznes.
Co musiałoby się stać w polskiej administracji publicznej w systemie zdrowia, by było lepiej?
Polityka kadrowa w triadzie zdrowotnej – w ministerstwie, NFZ i AOTMiT – musiałaby ulec zmianie. Należy to zrobić chociażby dla przyzwoitości. Zarobki kluczowych urzędników, urzędniczek i analityków, analityczek muszą, przede wszystkim, osiągnąć poziom zabezpieczający ich podstawowe życiowe potrzeby, by nie odchodzili z publicznego sektora tylko dlatego, że bank odmówił im kredytu na pralkę lub telewizor. Obecne mechanizmy wynagradzania w publicznym systemie zdrowia nie są powiązane w żaden sposób z wartością i odpowiedzialnością wykonywanej pracy, a z oczywistych względów powinny być.
Problemem był też remont łazienki
W listopadzie 2022 r. spytaliśmy byłego wiceministra zdrowia Marcina Czecha o to, czy proponowane specjalistom resortowe pensje w wysokości 5–6 tys. zł brutto miesięcznie są odpowiednie – pisaliśmy o tym w tekście „Co robi pracownik resortu, kiedy zalewa mu łazienkę?”.
Ekspert w odpowiedzi opisał sytuację, która wydarzyła się, kiedy pracował przy ul. Miodowej. Dotyczyła dobrego i skrupulatnego podwładnego, który zrezygnował, bo… zalało mu łazienkę i nie miał pieniędzy na remont.
– Kiedy byłem wiceministrem, to jeden z moich podwładnych – dobry, skrupulatny i pracujący dla idei, zarabiający mniej więcej tyle, ile zaproponowano w aktualnych ministerialnych ofertach – musiał zrezygnować, bo… zalało mu łazienkę. Pracownik zajmujący się ważnymi przepisami – które dotyczyły sektora wartego miliony złotych oraz wpływały na życie i zdrowie wielu Polaków, czyli ustawą o badaniach klinicznych – zmienił pracę, by zarabiać zdecydowanie więcej, a o to było nietrudno, bo musiał wyremontować łazienkę i potrzebował na to kilku tysięcy złotych. To wstydliwe i upokarzające dla resortu, dla kraju w ogóle – tym bardziej że sytuacja od lat się nie zmienia – powiedział „Menedżerowi Zdrowia”.
– Płacenie urzędnikom państwowym pieniędzy na tak niskim poziomie – w stosunku do ich wiedzy i umiejętności – to sabotaż działań państwa. Oni przecież przygotowują ustawy, rozwiązania i strategie dotyczące systemu ochrony zdrowia w Polsce. To odpowiedzialne zadanie, za które należałoby odpowiednio płacić – ocenił.
Ile?
– Tyle, ile na podobnych stanowiskach w prywatnych przedsiębiorstwach z branży, w firmach farmaceutycznych, doradczych i konsultingowych, czyli co najmniej dwa razy więcej. W przeciwnym razie będzie jak do tej pory – w resorcie będą pracować ideowcy, którzy w każdym momencie mogą zrezygnować z pracy – skwitował Marcin Czech.
Przeczytaj także: „Dlaczego Piotr Warczyński odszedł z resortu?”.

