Dołącz do nas w mediach społecznościowych:
Udostępnij
Redaktor: Krystian Lurka

Anatomia nauczania

Bogdan Ciszek/Warszawski Uniwersytet Medyczny

Prof. Bogdan Ciszek od ponad 30 lat uczy studentów medycyny tego, jak wygląda ludzkie ciało – i jak samemu stać się lekarzem. Wybitny neurochirurg opowiada o swoich dawnych porażkach egzaminacyjnych, metodzie mentalnych wędrówek po anatomii oraz o tym, dlaczego dzisiejsi studenci panicznie boją się popełniać błędy.

  • Prof. Bogdan Ciszek, neurochirurg, od ponad 30 lat kierujący Zakładem Anatomii Prawidłowej i Klinicznej Warszawskiego Uniwersytetu Medycznego, łączy ścisłość anatoma z ciekawością humanisty zainteresowanego ideami i sposobami rozumienia ludzkiej natury
  • W rozmowie opowiada o tym, jak nauczył się uczyć, dlaczego wiedzę trzeba porządkować i uruchamiać wyobraźnię oraz jak mądry nauczyciel prowadzi studenta ku samodzielności
  • Poza tym, wspomina trudne początki ze studiami medycznymi i egzaminami, które wcale nie zapowiadały przyszłej kariery wybitnego anatoma, i tłumaczy, jak dzięki stworzeniu w wyobraźni ruchomej, trójwymiarowej mapy ludzkiego ciała można wędrować po jego strukturach – od aorty wstępującej po jej dalsze odgałęzienia

Panie profesorze, jak pan został anatomem?

Wybrałem anatomię jako swoją dziedzinę naukową po to, żeby być lepszym chirurgiem. Na samym początku mojej drogi nie wiedziałem jeszcze, specjalistą jakiej dziedziny zostanę, ale wiedziałem, że chcę być dobry. I sądziłem, że bez anatomii to się nie uda. Karierę zacząłem jednak w pewnym sensie przypadkowo – udało mi się zdać egzamin z anatomii w pierwszym terminie, choć nic tego nie zapowiadało. Miałem wcześniej trzy kolokwia komisyjne, czyli nie zdałem trzy razy po dwa terminy.

Jak to możliwe?

To proste. Uczyć się nie umiałem. Na szczęście dr Roman Chruścikowski, już niestety nieżyjący, który mnie egzaminował, skupił się na tematach z kolokwiów komisyjnych. Jakoś się wyspowiadałem i dostałem trójkę. A ponieważ nie zraziłem się do anatomii – bo mnie interesowała i myślałem o karierze zabiegowej – stwierdziłem: w sierpniu są powtórki do egzaminu, będę przychodził do prosektorium. Szybko się okazało, że jako jeden z nielicznych coś tam wiem. Zacząłem więc pomagać kolegom i tak się to zaczęło.

Powiedział pan coś istotnego: że nie umiał się pan uczyć. To jak pan zdobył tę umiejętność?

Przede wszystkim student pierwszego roku kierunku lekarskiego zderza się z ogromną masą informacji pamięciowych. I to trzeba umieć sobie uporządkować. Jedni potrafią to lepiej, drudzy gorzej. Ja miałem z tym problem, chciałem wszystko sobie wyobrazić, a to zajmuje czas, którego mi brakowało. W liceum byłem uczniem ze średnią nie większą niż trzy, bo zajmowało mnie przede wszystkim czytanie książek. Kiedy w połowie szkoły średniej podjąłem decyzję, że będę zdawał na medycynę, po prostu siadłem do lektur – tyle że nie licealnych, lecz rozmaitych – i czytałem je bez przerwy, po kilka razy. Pamiętam na przykład znakomitą biologię Władysława Goldfingera, wybitnego polskiego mikrobiologa. Jego podręcznik biologii ogólnej był rewelacyjny! Przeczytałem go z pięć czy sześć razy, bo był pasjonujący. Lektura wielokrotna sprawiła, że w sposób nieuchronny musiałem się nauczyć – i prawdopodobnie tego mi zabrakło na pierwszym roku studiów: umiejętności wielokrotnego czytania tych samych partii materiału.

Czyli jednak w pana dziedzinie liczy się przede wszystkim pamięć?

Nie taka znowu pamięciowa, bo jeśli ktoś tak do tego poddejdzie, nauczy się jedynie słownika. Ale ten słownik składa się z pojęć, które symbolizują określone struktury. Te zaś mają kontekst przestrzenny, który trzeba sobie wyobrazić.

Jak zatem uczy pan swoich studentów anatomii?

Najczęściej proszę ich na starcie, żeby przeczytali spis treści podręcznika. Znajduje się w nim zapewne osiemdziesiąt procent pojęć niezbędnych do egzaminu. To oczywiście pewna metafora, ale najważniejsze są fundamenty. Gdy ktoś uporządkuje podstawy, może do nich dołączać kolejne informacje. Bez szkieletu, na którym je ułoży, będzie ciągle błądził i szukał po omacku.

Ale jak budować ten szkielet

Zaczynamy od wprowadzenia systemu pojęć, które pozwalają poruszać się w przestrzeni ludzkiego ciała. Są to osie, płaszczyzny i kierunki. Osi mamy trzy:

  • pionową,
  • poprzeczną,
  • strzałkową.

Do tego dochodzą trzy płaszczyzny oraz trzy pary kierunków – razem dwanaście pojęć.

Niestety, są studenci, którzy do końca pierwszego roku nie potrafią opanować ich rozumowo. Stąd ich problemy. Mylą osie z płaszczyznami, a przecież wokół osi dokonują się ruchy. To kolejne sześć pojęć, bo przypisujemy po dwa ruchy do każdej osi. Kiedy dodamy je do dwunastu, otrzymujemy osiemnaście pojęć – najważniejszą bazę.

I co dzieje się dalej?

Powstaje ruchoma konstrukcja. Informacja, która w wyniku obróbki staje się wiedzą, pozwala w wyobraźni wędrować po ludzkim ciele. Mogę sobie na przykład wyobrazić, że jestem w lewej komorze serca, przechodzę przez zastawkę aortalną, wchodzę w aortę wstępującą, wspinam się, patrzę w górę po łuku aorty i mijam ujścia jej gałęzi. A potem hyc! Spadam wzdłuż aorty aż do rozwidlenia, mijając po drodze kolejne odgałęzienia.

Opowiada pan o konstrukcji, którą trzeba sobie wyobrazić. To brzmi jak zadanie dla architekta.

Rzeczywistość wygląda podobnie. Dochodzi tu ruch, położenie, przesuwanie się wzdłuż osi i tak dalej. Bez tego systemu nie da się później zrozumieć obrazowania ludzkiego ciała: tomografii, rezonansu czy USG. Badania te opierają się na przekrojach, więc trzeba wiedzieć, czym jeden różni się od drugiego – w zależności od płaszczyzny jedne struktury widać wyraźnie, inne wcale. To jednak dopiero początek. Cała reszta to konsekwencje.

Czyli dobry anatom tworzy w głowie wirtualną rzeczywistość, w której się swobodnie porusza?

Większość osób z mojego pokolenia patrzy na współczesne trójwymiarowe atlasy z pewnym dystansem. Ja takiego atlasu nie potrzebuję, mam go w głowie. Oczywiście powstaje pytanie, czy warto poświęcać aż tyle czasu, ile ja poświęciłem, żeby taki model w sobie zbudować.

Zatem student, aby uniknąć problemów z anatomią, potrzebuje czasu, dobrej pamięci i wyobraźni?

Tak byłoby najlepiej, zwłaszcza że informacji anatomicznych i histologicznych na pierwszym roku jest mnóstwo. Muszę jednak przyznać, że współczesnych studentów autentycznie żal. Bo jak ktoś ma ułożyć sobie tę wiedzę w głowie, gdy wieczorem odsłużony ma dyżur w fast foodzie, a dopiero po nim siada do książek? Trudno się dziwić, że wyniki bywają niezadowalające. Ja na swoich studiach mogłem poświęcić się wyłącznie nauce, nie miałem innych obowiązków. To niedobre, że wielu dzisiejszych studentów musi tyle pracować, by utrzymać się w Warszawie. Moja praca w latach studiów – podjęta dzięki życzliwości ówczesnego kierownika Zakładu Anatomii – wyłącznie mnie rozwijała. Dopiero później równolegle poszedłem do szpitala, żeby zacząć podpatrywać medycynę od praktycznej strony.

Czy oprócz samej nauki potrzebny jest też element praktyki?

Dla mnie tak, ale ściśle związanej z dziedziną. Nigdy nie zależało mi na wybitnych ocenach, ale mieliśmy z szefem Zakładu umowę: musimy być w porządku jako studenci i nie możemy mieć zaległości, skoro uczymy młodszych kolegów. Zawsze uważałem, że trzeba rozwijać się samodzielnie, dlatego spędziłem rok jako wolontariusz na ortopedii w szpitalu na Solcu, przychodząc tam na dyżury bez wynagrodzenia. W końcu wybrałem neurochirurgię i jej poświęciłem dużą część studiów, idąc równolegle z anatomią. Choć to były oczywiście zupełnie inne czasy.

Mówi się, że nauczyciel powinien otworzyć nam drzwi i pokazać kierunek, ale dalej musimy podążać sami. To dobra droga rozwoju?

Rolą nauczyciela jest pokazanie czegoś zachęcającego. Jeśli ktoś przychodzi i mówi: „Chciałbym poznać to czy tamto”, trzeba otworzyć przed nim drzwi do swojego świata. Zapraszamy, pokazujemy, dzielimy się wiedzą. Student chce jednak coraz więcej i w końcu nadchodzi moment, kiedy trzeba go wypuścić – na początku na bezpieczną wodę. Niech jednak wpadnie po szyję, bo bez błędów nie zdobywa się umiejętności. To trudny moment zarówno dla nauczyciela, jak i dla ucznia. Zrozumiałem to, gdy sam stawałem jako nauczyciel przy stole operacyjnym.

Jak wygląda ta wspólna droga do usamodzielnienia?

Na sali operacyjnej najpierw student mi asystuje, a ja udzielam mu wskazówek. Potem wykonuje kolejne samodzielne etapy, aż składają się one w pełny zabieg. W kolejnej fazie zamieniamy się rolami – to ja asystuję, a on operuje. Następnie operuje sam, podczas gdy ja siedzę z boku na sali. W końcu przychodzi moment, kiedy muszę wyjść, usiąść w pokoju obok, otworzyć gazetę lub książkę i czekać. A on zostaje sam przy stole. To niezwykle stresujące, ale człowiek uczący się chirurgii – zresztą każda inna specjalizacja tego wymaga – musi mieć przestrzeń do podejmowania samodzielnych decyzji.

To zupełnie jak z wychowywaniem dzieci.

Dokładnie tak! Tyle że na to również potrzeba czasu. Człowiek musi dojrzeć, popełnić drobne błędy, zrozumieć ich ewentualne skutki. Trzeba swoje przeżyć, wypraktykować i poznać – jak to ujmował Kubuś Puchatek – najczęstsze sposoby postępowania.

Dostrzega pan jakieś korzyści dla siebie z nauczania innych

To absolutna prawda, że dydaktyka niezwykle sprzyja samokształceniu. Wiedzę trzeba najpierw ułożyć, uporządkować informacje, a następnie ubrać w odpowiednią formę wypowiedzi. Zmusza to do wielokrotnego przemyślenia materiału i trwale go utrwala. Nie ma lepszej metody na naukę własną niż nauczanie innych.

Anatomia pozwoliła panu dokładnie poznać ludzkie ciało, ale czy nauczyła czegoś o życiu?

To trudne pytanie. Na pewno uświadomiła mi, że życie się kończy. Czasem powtarzam, że nie ma dnia, którego bym nie rozpoczął myśli o śmierci. W jakimś sensie tak jest – to mi w pracy anatoma towarzyszy bez przerwy.

Czy przez lata sposób nauczania anatomii bardzo się zmienił

Podejście do studenta ewoluowało diametralnie. Przede wszystkim dawny sposób egzekwowania wiedzy był znacznie bardziej stresujący. Egzamin ustny nierzadko prowadził do tego, że student dowiadownywał się, iż po prostu się nie nadaje. Na takim egzaminie każda pomyłka mogła stać się punktem wyjścia do pytania pogłębiającego – nazywałem je drążącym.

Co na dawnym egzaminie ustnym u pana uchodziło za błąd dyskwalifikujący?

Jeśli student stwierdziłby bez wahania, że aorta wychodzi z lewego przedsionka serca, egzamin natychmiast by się zakończył – bez względu na to, co powiedział wcześniej i co zamierzał dodać. Dzisiaj, jeśli popełni taki błąd, to zaledwie jeden punkt na sto dwudziestu, ponieważ wszystkie egzaminy są testowe. Jeśli odpowie poprawnie na sto dziewiętnaście innych pytań, wciąż może zdobyć ocenę bardzo dobrą.

Na pana zajęciach też można polec przez niewiedzę?

To co innego. Jeśli na ćwiczeniach rzucam zagadnienie do dyskusji, staram się raczej zachęcać: „O, tu dobrze pan mówi”. Nie przekreślam od razu. Moim zadaniem jest pokierowanie rozmową tak, aby student sam trafił na właściwy trop. Oczywiście, gdy ktoś plecie bzdury, trzeba natychmiast zareagować, żeby inni nie powielali błędów. Zawsze jednak dbam o to, by nie deprecjonować rozmówcy. Problem polega na tym, że współcześni studenci panicznie się boją.

Czego? Pana krytyki?

Nawet nie mojej krytyki. Boją się, że ośmieszą się przed rówieśnikami. Żyją w świecie mediów społecznościowych, gdzie wszystko natychmiast ląduje w sieci – jest komentowane, oceniane i wytykane. To ich paraliżuje. A byłoby o wiele lepiej, gdyby zrzucili ten lęk. Powinni zadawać nauczycielom pytania – zarówno te trudne, jak i te mniej mądre – a robią to zbyt rzadko. Ja się nie obrażę na żadne pytanie. Leży to w moim najlepiej pojętym interesie, żeby wykształcić ich jak najlepiej, bo istnieje spore ryzyko, że za kilkanaście lat to oni będą mnie leczyć. Wolałbym więc, żeby trafić w ręce dobrze przygotowanych doktorów.

Jakiej rady udzieliłby pan nowym studentom?

Dajcie sobie czas, rozwijajcie się samodzielnie i nie bójcie się błędów – bez nich nie da się zdobyć umiejętności. A jeśli chcecie coś naprawdę dobrze pojąć, spróbujcie wytłumaczyć to komuś innemu.

Rozmawiała Agnieszka Wlazłowska.

Przeczytaj także: „Sytuacje nadzwyczajne bez taryfy ulgowej” i „Jak mówić, by leczyć?”.

Menedzer Zdrowia facebook

Działy: Aktualności w Menedżer Zdrowia Tylko w „Menedżerze Zdrowia” Aktualności
Tagi: Warszawski Uniwersytet Medyczny WUM Bogdan Ciszek anatomia neurochirurgia nauka nauczanie nauczanie medycyny studia studia medyczne edukacja medyczna