Kiedy to wszystko klęknie?
PAP/Mateusz Marek
– Wystarczy, że zarządzający placówkami i lekarze zaczną rygorystycznie przestrzegać przepisów o czasie pracy, a państwo klęknie po miesiącu – przekonuje w „Menedżerze Zdrowia” Andrzej Sośnierz.
- W „Menedżerze Zdrowia” publikujemy felieton Andrzeja Sośnierza, polityka związanego z Konfederacją i byłego prezesa Narodowego Funduszu Zdrowia
Powoli cichną afery związane z zarobkami w ochronie zdrowia. Na razie limit sensacji się wyczerpał. Zbliża się jednak czas, gdy zaczną zapadać decyzje zainspirowane ujawnionymi faktami. I w tym zakresie jestem pełen najgorszych przeczuć.
Opinię publiczną poruszyły niebotyczne pensje, oszustwa, przekręty i krętactwa. Mowa przecież o resorcie, w którym dzieje się tyle dobrego, ratuje się ludzkie życie oraz zdrowie i na co dzień widzimy przykłady bezinteresownej pomocy. Niestety, jak wszędzie, istnieje druga strona medalu – i tu ukazała się ona z całą ostrością.
To, co oburzyło obywateli, miało konkretne źródła. Tymczasem dyskusja skupiała się prawie wyłącznie na skutkach – a tymi były ogromne przepływy finansowe. Obawiam się więc, że planowane regulacje skoncentrują się na eliminacji tych widowiskowych objawów, zamiast zdiagnozować i usunąć przyczyny choroby. Czymże bowiem, jeśli nie leczeniem objawowym, są zapowiedzi ustawy ograniczającej wynagrodzenia bez naruszania mechanizmów, które do tych nadużyć doprowadziły?
Patologia ujawniona w systemie to rezultat decyzji podejmowanych przez kolejne rządy – i nie widzę różnicy pomiędzy poszczególnymi formacjami rządzącymi Polską w ostatnich ponad dwudziestu latach. Nie sposób wymienić wszystkich powodów tego stanu rzeczy, ale chaos i wynaturzenia w płacach to efekt ingerencji wielu ministrów, którzy najpierw regulowali wynagrodzenia wybranych grup zawodowych, a potem niemal wszystkich pracowników. To także konsekwencja wytycznych Ministerstwa Zdrowia i prezesa NFZ wobec placówek medycznych – w tym ustawy o sieci szpitali. Kolejną przyczyną jest sposób ustalania taryf oraz cen przez AOTMiT i ciąg decyzji zwieńczonych podpisem ministra. Dołóżmy do tego wiele programów pilotażowych generujących ekstraordynaryjny strumień pieniędzy. Wreszcie to skutek działań wielu gremiów doradczych, które – kierując się interesem grupowym bądź indywidualnym – skutecznie deformowały podział funduszy.
Nie bez znaczenia dla tej degrengolady była postawa organizacji społecznych i zawodowych. Działając we własnym interesie, nie zważały one na długofalowe skutki swoich nacisków. Jeszcze całkiem niedawno podczas konsultacji w radzie prezydenckiej prawie wszyscy jej społeczni uczestnicy – poza dwoma głosami rozsądku – przestrzegali prezydenta RP, aby „broń Boże nie ruszać ustawy o wynagrodzeniach, bo jest taka dobra”. Gdy jednak wybuchła największa zawierucha związana z ujawnionymi patologiami, wszyscy ci eksperci schowali głowy w piasek. Autorów obecnego bałaganu i dezorganizacji jest zatem wielu, a kiedy odpowiedzialność się rozprasza, nikt nie poczuwa się do winy.
Każdy wie, że naprawa chorego systemu wymaga sięgnięcia do jego korzeni. Tymczasem dotychczas zapowiedziane zamierzenia resortu zdrowia koncentrują się na maskowaniu symptomów. Przyznam, że jestem zaskoczony, jak głęboko tzw. komuna odcisnęła się w naszych umysłach, jak bardzo wierzymy w sprawczość państwa i jak chętnie sięgamy po wzorce z tego – wydawałoby się – minionego okresu.
Co więcej, wielu moich rozmówców wciąż traktuje ochronę zdrowia jak służbę państwową na wzór policji czy straży pożarnej. A przecież ochrona zdrowia od dawna nią nie jest. Niestety, niemal wszystkie propozycje uzdrowienia sytuacji sprowadzają się do jeszcze większej kontroli, odgórnych ograniczeń i zakazów. Skąd bierze się naiwna wiara w skuteczność aparatów represji? Skąd przekonanie, że państwo wszystko ureguluje i będzie w tym efektywne, skoro żadne z projektowanych rozwiązań nie próbuje dotknąć źródeł problemu?
Oczywiście te działania okażą się nieskuteczne i zrodzą nowe patologie. Szczególnie niebezpieczne są pomysły ograniczające liczbę godzin i miejsc pracy. To najprostsza droga do załamania i tak już skrajnie ograniczonej dostępności do świadczeń. System funkcjonuje jako tako wyłącznie dzięki temu, że wszyscy – jak tylko mogą – obchodzą obowiązujące zasady. Wystarczy, że zarządzający placówkami oraz lekarze zaczną rygorystycznie przestrzegać przepisów o czasie pracy i zatrudnieniu, a państwo klęknie po miesiącu.
No, chyba że projektodawcy dyskretnie liczą na to, że przepisy pozostaną tylko na papierze i wszystko będzie po staremu – albo w cichości ducha mają nadzieję, że prezydent po prostu tej ustawy nie podpisze. No cóż, pożyjemy, zobaczymy.
Tekst Andrzeja Sośnierza, posła koła Polskie Sprawy i byłego prezesa Narodowego Funduszu Zdrowia, opublikowano w „Menedżerze Zdrowia” 3/2026.
Przeczytaj także: „Zróbmy coś”.

