NIL o zmianach w ochronie zdrowia: Nie dotykają istoty problemów, mogą spowodować nowe
Karolina Bartyzel/NIL
Propozycje rządu są zbyt rygorystyczne i oderwane od realiów. Zamiast pomóc, nowe prawo uderzy w pacjentów – uważa Naczelna Izba Lekarska, odnoszą się do reform w ochronie zdrowia proponowanych przez Ministerstwo Zdrowia. Samorząd lekarski widzi potrzebę zmian, ale rządowe propozycje to próba leczenia objawów i ignorowanie przyczyn choroby.
- Samorząd lekarski widzi potrzebę wprowadzenie zmian w systemie, ale nie zgadza się z kierunkiem tych zmian zaproponowanym przez Ministerstwo Zdrowia
- Z ankiety przeprowadzonej wśród dyrektorów medycznych szpitali wynika, że obawiają się oni odpływu lekarzy
- Kolejna obawa dotyczy zamykania oddziałów, a nawet całych lecznic
- Lekarze pytają, czy ministerstwo ma jakiś plan na całokształt systemu i czy wie, jaki będzie skutek wejścia w życie przedstawionych projektów
- Przypominają, że oni również postulowali wprowadzenie ograniczeń czasu pracy
Członkowie NIL przedstawili opinię samorządu na temat m.in. projektu ustawy o zmianie ustawy o świadczeniach opieki zdrowotnej finansowanych ze środków publicznych oraz niektórych ustaw podkreślali (to właśnie w tym dokumencie zawarte są propozycje Ministerstwa Zdrowia ograniczające zarobki i czas pracy lekarzy). Podczas konferencji prasowej przedstawiciele samorządu odnosili się też do innych rozwiązań, które wprowadziło lub zamierza wprowadzić Ministerstwo Zdrowia czy NFZ. Docelowo – mają poprawić sytuację w systemie.
– Uważamy, że diagnoza, która jest stawiana i przyczyny, które są podawane przez ministerstwo, nie dotykają istoty problemu. Samymi zakazami nie uzdrowi się systemu. Projekt ustawy w naszej ocenie w zasadzie doprowadzi do reglamentacji świadczeń lekarskich, która może skutkować tym, że część lekarzy zostanie wypchnięta z publicznego systemu ochrony zdrowia do sektora prywatnego (i sami rządzący tego nie kryją) – powiedział Łukasz Jankowski, prezes Naczelnej Rady Lekarskiej
– Uważamy, że dzisiaj największym problemem w systemie ochrony zdrowia jest dostępność doświadczeń dla pacjentów. W naszej ocenie projekt, który się ukazał, tę dostępność może istotnie pogorszyć – dodał. Podkreślił, że samorząd jest za zamianami, ale nie w takim kształcie, w jakim zaproponował resort zdrowia.
Ministerialny projekt nie dotyka istoty problemu
Jankowski przypomniał, co stało u podstaw obecnych działań MZ. Była to afera w Szpitalu Południowym w Warszawie, związana z osobą lokalnego działacza Koalicji Obywatelskiej. Dodał, że po ujawnieniu przez media nieprawidłowości, do których dochodziło w tym szpitalu, samorząd przedstawił trzy postulaty: unormowanie czasu pracy lekarzy (mowa była o 78 godzinach w tygodniu), zmiana wyceny procedur, odpolitycznienie ochrony zdrowia. – Z przykrością stwierdzamy, że projekt ministerialny nie dotyka tak naprawdę istoty, czyli wyceny procedur medycznych. Pacjentowi z zapaleniem płuc wciąż tego zapalenia nie zdiagnozowano, ale próbuje mu się leczyć gorączkę – podsumował.
W jego ocenie to, co robi Ministerstwo Zdrowia to „ucieczka do przodu” przed skutkami afery. Zaś projektowane rozwiązania, takie jak kara do 8 lat więzienia za źle wypełniony czy zafałszowany grafik, pracy są emanacją takiego podejścia. – Środowisko lekarskie traktuje to jako próbę odwrócenia uwagi od rzeczywistych problemów ochrony zdrowia – stwierdził.
– Rozwiązania, które zostały przedstawione, mają rozgrzewać opinię publiczną i przekierowywać uwagę. Dla nas aktualną chorobą systemu jest wadliwa wycena procedur, brak map potrzeb zdrowotnych, słaba dostępność doświadczeń specjalistycznych, nierównomierne rozmieszczenie kadr medycznych, brak weryfikacji efektów leczenia i obsadzanie stanowisk menedżerskich według klucz partyjnego. A widzimy, że resort diagnozuje problemy zupełnie inaczej – pomija całkowicie kwestię wyceny procedur. Dla resortu problemem są zarobki – podsumował.
W ocenie prezesa NRL to, czego świadkiem jesteśmy dzisiaj, to pewna inżynieria społeczna. – Jeśli założymy (zgodnie z aktualnymi danymi AOTMiT), że w Polsce ok. 600 lekarzy zarabia powyżej stu tysięcy miesięcznie, to podając codziennie po dwa przykłady medyków „wyciągniętych” z różnych szpitali, można przez cały rok epatować opinię publiczną „lekarzami-milionerami” – tłumaczył.
Nawiązał też do nowych uprawnień AOTMiT do zbierania informacji o zarobkach medyków w powiązaniu z PWZ i PESEL. Przypomniał, że rozwiązanie to wprowadzono mimo sprzeciwu samorządu lekarskiego. Tłumaczył, że skoro już jednak rząd ma to narzędzie, Ministerstwo Zdrowia powinno jak najszybciej przekazać konkretne dane o zarobkach lekarzy, a nie czekać do stycznia czy lutego (na ten termin AOMiT zapowiedziała przekazani MZ pierwszych zbiorczych informacji o zarobkach w ochronie zdrowia; dane agencja ma zbierać w październiku – red.).
– Uważamy, że ministerstwo chce przeczekać po prostu bardzo trudną jesień – powiedział Jankowski. Według niego wyznaczenie terminu na początek nowego roku może wynikać z faktu, że wyniki zbiórki AOTMiT pokażą, że bardzo wysokie zarobki to kwestia kilkuset, może kilku tysięcy lekarzy, ale nie całej grupy zawodowej.
Potrzebujemy rozmowy o wynagrodzeniach lekarzy
– Realnie martwimy się tym, że w wyniku proponowanych zmian (zwłaszcza dotyczących obowiązku pracy na minimum pół etatu w jednym miejscu) może odpłynąć do systemu prywatnego i zrezygnuje z prac, w których byli zaangażowani na mniej niż pół etatu – powiedział Łuksza Jankowski.
Podkreślił, że samorząd lekarski w pełni popiera potrzebę zmian i niejednokrotne postulował poprawę dostępności świadczeń i unormowania czasu i warunków pracy oraz odpolitycznienia szpitali. – Dysproporcje w zarobkach są rażące, potrzebujemy rozmowy o wynagrodzeniach lekarzy, ale potrzebujemy jej w odniesieniu do wyceny procedur, która jest głównym problemem – stwierdził.
Przypomniał także, że to nie lekarze wyszli swego czasu z propozycją przechodzenia na kontrakty. – Ten system został tak zaprojektowany i teraz zrzucanie winy na lekarzy jest po prostu niesprawiedliwe i nieuczciwe, a dziś w propozycjach rządu to widzimy – ocenił.
Zwrócił też uwagę, że projekt ustawy o zmianie ustawy o świadczeniach opieki zdrowotnej finansowanych ze środków publicznych oraz niektórych ustaw zawiera bardzo dużo wyłączę, dających szerokie pole do obejścia przepisów. – Tak naprawdę sama ta ustawa już prowokuje do tego, żeby szukać sposobów jej obejścia. Uważamy, że jest to takim papierkiem lakmusowym dla intencji resortu, który chce zrobić na szybko coś, co zaspokoi chęć zmian i pokaże, że jakaś zmiana jest robiona – tłumaczył. Wyjaśnił, że w praktyce w przepisach są zostawiono furtki, dzięki którym pewne rzeczy mogą zostać na papierze.
–I prawdę mówiąc, z tych dwóch alternatyw (czyli pierwszej, polegającej na tym, że zmiany pogorszą dostępność do świadczeń, a część szpitali powiatowych wpadnie z systemu i nastąpi prywatyzacja, oraz drugiej, zgodnie z którą ta ustawa nie zmieni absolutnie nic, bo sama proponuje obejścia swoich zapisów), my chyba wolelibyśmy drugą, bo wtedy nie dojdzie do pogorszenia dostępności doświadczeń – powiedział.
Dyrektorzy boją się odpływu lekarzy ze szpitali
Lek. Marcin Karolewski, koordynator Ośrodka Profilaktyki i Strategii Zdrowotnych Centralnego Ośrodka Badań Innowacji i Kształcenia Naczelnej Izby Lekarskiej (COBIK NIL) przytoczył wyniki ankiety przeprowadzonej przez COBIK wśród dyrektorów medycznych szpitali. Zapytał o najważniejsze rozwiązania zawarte w reformie, w tym o limit zarobków w wysokości 240 zł za godzinę.
– Podsumowując, 66 proc. naszych respondentów odpowiedziało, że przewiduje w najbliższym czasie pogorszenie sytuacji w szpitalnictwie. Przy czym z tych 66 proc. mniej więcej połowa powiedziała, że po prostu będzie źle. Część powiedziała, że być może krótkoterminowo będzie poprawa, ale w dłuższej perspektywie dojdzie do pogorszenia – powiedział
Dodał, że aż 73 proc. dyrektorów obawia się odejścia lekarzy ze swoich szpitali. Połowa widzi ryzyko zamknięcia poszczególnych oddziałów, a nawet całych szpitali. – Co ciekawe, największe obawy o odpływ lekarzy istnieje wśród dyrektorów, którzy reprezentują szpitale na drugim i trzecim poziomie zabezpieczenia – powiedział.
Okazuje się, że dyrektorzy do spraw medycznych widzą też spore zagrożenie dla procesu kształcenia młodych lekarzy (którego część powinna przebiegać w szpitalach powiatowych).
– Pytanie, które sobie cały czas zadajemy, brzmi: jak po tych zmianach ma wyglądać system opieki zdrowotnej? Czy jest w tym jakiś plan? – powiedział Karolewski. – Mamy wrażenie, że może dojść do dzikiej likwidacji szpitali. Te mocne zostaną, te słabsze, być może zostaną zlikwidowane.
Tłumaczył, że w takiej sytuacji pojawia się pytanie, czy szpitale, które przetrwają zmiany, będą dokładnie tymi, których funkcjonowanie jest najpotrzebniejsze z punktu widzenia interesu zdrowotnego pacjenta.
–Cały czas zadajemy sobie to pytanie, gdzie tutaj jest ta reforma, co ona ma przynieść po wprowadzeniu tych wszystkich zapisów, jak ona wpłynie na system i jak wpłynie na dostępność świadczeń. Skoro coś ograniczamy, to czy coś zwiększamy? Cały czas tego nie widzimy – stwierdził.
Po zmianach problemy się nasilą
Joanna Harbuzińska-Turek, z-ca dyrektora do spraw medycznych szpitala w Wolsztynie przypomniała, jak się zaczęło przechodzenie lekarzy na kontrakty. Ta inicjatywa nie wyszła od lekarzy. Kiedy okazało się, że jeśli lekarze będą pracować na umowach o pracę, zgodnie z kodeksem pracy, będzie ich za mało, pojawił się pomysł innych form angażu. – To nie był wymysł lekarzy. Taką stworzono nam rzeczywistość i w takich warunkach kazano nam pracować – powiedziała.
Dodała, że w jej ocenie, z perspektywy dyrektora medycznego szpitala, istnieją dwa główne problemy, które nękają szpitale: brak stabilności finansowej i niedobór kadr. – Po tych zmianach te dwa problemy nie zostaną rozwiązane, tylko się nasilą, a w konsekwencji uderzy to przede wszystkim w pacjenta. Wylewamy dziecko z kąpielą – stwierdziła.
Andrzej Marcin Kot, kardiolog z Okręgowej Rady Lekarskiej w Lublinie, wrócił do informacji o zarobkach lekarzy, pojawiających się w mediach. – W moim szpitalu jest ponad 200 lekarzy specjalistów, którzy są zatrudnieni na umowie o pracę na etacie i otrzymując minimalne wynagrodzenie ustawowe. To oznacza, że zarabiają 80-90 zł brutto za godzinę – powiedział. Wyjaśniał, że w tym kontekście medialne oskarżenia lekarzy o chciwość są niesprawiedliwe.
Przeczytaj także: „AOTMiT zmieniła wyceny 617 taryf – niektóre stawki poszły w dół”


