Czy potrzebna jest ustawa gwarantująca minimalne wynagrodzenia – część druga
PAP/Valdemar Doveiko
– Publiczny system ochrony zdrowia finansowany z pieniędzy publicznych jest zadaniem państwa, podobnie jak system bezpieczeństwa wewnętrznego, ratowniczo-gaśniczy czy obrony narodowej. Przecież nikomu nie przychodzi do głowy wprowadzanie zasad rynkowych do policji, straży pożarnej czy wojska – komentuje w „Menedżerze Zdrowia” Konstanty Radziwiłł.
- W „Menedżerze Zdrowia” publikujemy komentarz byłego ministra zdrowia Konstantego Radziwiłła
Tekst pod tym samym tytułem (bez dopisku „część druga”) napisałem w „Menedżerze Zdrowia” ponad rok temu – „Czy potrzebna jest ustawa gwarantująca minimalne wynagrodzenia?”.
Dr Dawid Kacprzyk był wtedy stażystą i chyba nie kierował jeszcze SOR w Szpitalu Południowym w Warszawie. Już wtedy trwała jednak dyskusja o kominach płacowych w służbie zdrowia, będących – według niektórych komentatorów – skutkiem ustawy mojego autorstwa z 2017 r. o sposobie ustalania najniższego wynagrodzenia zasadniczego niektórych pracowników zatrudnionych w podmiotach leczniczych oraz główną przyczyną problemów finansowych w systemie ochrony zdrowia. Nie widząc związku patologicznie wysokich zarobków części pracowników medycznych (głównie lekarzy) z zapewnieniem godnych pensji tym, którzy zarabiali skandalicznie mało, broniłem wówczas ustawy podwyżkowej jako instrumentu sprawiedliwego traktowania poszkodowanych przez pracodawców. Nie była to jednak obrona pazerności i rozpasania w zakresie uposażeń sięgających nawet tysięcy złotych za godzinę pracy czy milionów rocznie.
Dziś, gdy obserwujemy kolejne odsłony szokująco wysokich zarobków całkiem dużej grupy zatrudnionych w ochronie zdrowia, nie chciałbym cofnąć ani jednego zdania z tamtego felietonu. Nieprawdopodobnie wysokie dochody – zarówno sumaryczne (z powodu nadmiernego czasu pracy), jak i w przeliczeniu na godzinę lub procedurę – to skutek ewolucji publicznego systemu opieki zdrowotnej ku bezwzględnemu urynkowieniu mechanizmów jego funkcjonowania. Przekształcanie coraz większej części placówek w spółki prawa handlowego (w tym o charakterze prywatnym i oligopolicznych sieci) oraz zatrudnianie personelu na kontraktach – nierzadko prowizyjnych bądź pod szyldem firm komercyjnych – utrwala dążenie do zysku jako głównego motoru pracy medyków i działania całego systemu.
Czy można jeszcze mówić o misyjności placówek i pracowników medycznych?
Zarządy, rady nadzorcze, bonusy i zakazy konkurencji (obudowane sowitymi odprawami), szczególnie wobec niestabilności stanowisk menedżerskich, prowadzą do trudnych do wyjaśnienia opinii publicznej dochodów, które często nie mają nic wspólnego z jakością zarządzania. Personel, zatrudniany nierzadko na umowach o strukturze przypominającej usługi kateringowe czy utrzymania czystości, chętnie zrzesza się w podmiotach o charakterze komercyjnym. Te w ich imieniu twardo negocjują warunki, co zwykle prowadzi do rozluźnienia lub zerwania poczucia przynależności do społeczności pracowniczych konkretnych placówek. Ponadto świadomość gigantycznych zarobków lekarzy negatywnie wpływa na współpracę w zespołach z gorzej wynagradzanymi pracownikami.
Obawiam się, że chaotyczne pomysły na uzdrowienie tej sytuacji zgłaszane przez polityków różnych partii, nawet jeśli na jakiś czas uspokoją nastroje, nie są drogą do trwałej poprawy. W tym celu należałoby uznać, że publiczny system ochrony zdrowia finansowany z pieniędzy publicznych jest zadaniem państwa – podobnie jak system bezpieczeństwa wewnętrznego, ratowniczo-gaśniczy czy obrony narodowej. Przecież nikomu nie przychodzi do głowy wprowadzanie za sad rynkowych do policji, straży pożarnej czy wojska. Osoby wykonujące zadania w tych służbach są zatrudnione na czytelnych zasadach pracowniczych, według jasno określonych stawek. Nikt nie postuluje komercjalizacji, a tym bardziej prywatyzacji, komisariatów policji, jednostek wojskowych czy remiz strażackich, a także powierzania prywatnym podmiotom tak fundamentalnych zadań państwa, jak ściganie przestępców, obrona przeciwlotnicza czy gaszenie pożarów.
Czy konstytucyjny obowiązek zapewnienia każdemu opieki zdrowotnej nie powinien skłonić państwa do potraktowania tego sektora z podobną powagą i ostrożnością?
Jestem pewien, że do rozregulowania systemu nie doprowadziło społeczeństwo (pacjenci) ani eksperci, lecz wpływowe grupy zainteresowane bardziej zyskiem niż realizacją jakiejkolwiek misji. Ich wpływ na decyzje państwa, nierzadko ukryty pod płaszczykiem ekspertyz, powinno się ograniczyć. Uważam, że zmiana paradygmatu państwa w zakresie zapewnienia obywatelom bezpiecznego i wysokiej jakości systemu opieki zdrowotnej jest palącą potrzebą, ale wymaga to odwagi i gotowości do porozumienia polityków.
Czy w Polsce jest to jeszcze możliwe?
Komentarz byłego ministra zdrowia Konstantego Radziwiłła pochodzi z „Menedżera Zdrowia” 3/2026.
Przeczytaj także: „Zasada pomocniczości” i „Zróbmy coś”.

