Dzień dobry
Dołącz do nas w mediach społecznościowych:
Udostępnij
Autor: Małgorzata Gałązka-Sobotka

Kolejkowa logika

Archiwum

Cechą polskiego pacjenta jest nie tylko cierpliwość i pokora, ale coraz częściej także bezradność. Stoi i czeka, pokornie godzi się z bólem, rozprasza strach zapewnieniem, że to na pewno nic groźnego. Bo dziś w Polsce nie stoimy już tylko w kolejce do lekarza. Stoimy w kolejce do systemu, do opieki, która ma być oparta na dowodach naukowych, skoordynowana i kompleksowa. Gdzie tu logika?

  • Nigdy wcześniej nie wydawaliśmy na zdrowie tak dużo – w 2024 r. wydatki sięgnęły 293,6 mld zł (8,1 proc. PKB). To historia o systemie, który pomimo ogromnych inwestycji nie umie skutecznie zamieniać pieniędzy w zdrowie populacji
  • Kolejki nie są problemem poziomu finansowania, lecz efektem modelu organizacji systemu. Stały się jego podstawowym narzędziem racjonowania świadczeń. Najdroższą formą opieki zdrowotnej jest opieka spóźniona
  • Najdłuższa kolejka? Do wejścia do systemu. Problem nie zaczyna się przy operacji, ale na etapie rejestracji. To nie jest jedna kolejka, to cały łańcuch i dług zdrowotny, który przyjdzie nam spłacić
  • Nie da się trwale skrócić kolejek w systemie, w którym nie ocenia się jakości i nie nagradza efektów zdrowotnych, lecz tylko liczbę procedur. Potrzebujemy przejścia z płacenia za świadczenie na płacenie za efekt
  • W „Menedżerze Zdrowia” publikujemy tekst Małgorzaty Gałązki-Sobotki

Cechą polskiego pacjenta jest nie tylko cierpliwość i pokora, ale coraz częściej także bezradność. Stoi i czeka, pokornie godzi się z bólem, rozprasza strach zapewnieniem, że to na pewno nic groźnego. Ponieważ dziś w Polsce nie stoimy już tylko w kolejce do lekarza. Stoimy w kolejce do systemu, do opieki, która – jak zapewnia się górnolotnie w dokumentach strategicznych i przemowach decydentów – ma być oparta na dowodach naukowych, skoordynowana i kompleksowa. Choć wiemy, że medycyna jest sztuką, to jest jasne, że od dawna uporządkowaną metodycznie, opisaną w wytycznych definiujących kluczowe punkty na ścieżce profilaktyki, diagnozy i leczenia, metody i kompetencje, które są niezbędne do skutecznego zaspokojenia potrzeby zdrowotnej. Dlaczego zatem z takim trudem przychodzi nam porządkować procesy, układać je w logiczne ciągi, dające w połączeniu z epidemiologią obraz realnego zapotrzebowania, nie tylko na liczbę świadczeń, ale i zasoby niezbędne do ich wytworzenia, te ludzkie, technologiczne i finansowe – bo przecież medycyna jest policzalna, epidemiologia pozwala szacować zapadalność i określić chorobowość, nauka wskazuje sposób postępowania, a decydenci mogą dookreślić modele organizacji, aby Narodowy Fundusz Zdrowia nie kupował kota w worku. Tymczasem fragmentaryczność opieki, brak kultury współpracy świadczeniodawców zaangażowanych w leczenie chorego, luźne podejście do standardów i brak odpowiedzialności za wynik to wciąż główne atrybuty polskiej opieki zdrowotnej, finansowanej z pieniędzy publicznych.

I nie – to nie jest historia o biednym systemie. Przeciwnie. Nigdy wcześniej nie wydawaliśmy na zdrowie tak dużo. W 2024 r. wydatki sięgnęły 293,6 mld zł, czyli 8,1 proc. PKB, na 2026 r. tylko NFZ ma w dyspozycji ponad 217 mld zł. Nigdy wcześniej dynamika nakładów, poziom osprzętowania, jakości infrastruktury, dostępności lekarzy i ucyfrowienia nie były tak wysokie. To historia o systemie, który pomimo ogromnych inwestycji, niekończących się reform nie umie skutecznie zamieniać pieniędzy w zdrowie populacji i jej poczucie satysfakcji. Badania społeczne wskazują na rosnące niezadowolenie. Wprawdzie o nie zawsze jest trudno w ochronie zdrowia, i to nie tylko u nas, ale przykład Czech pokazuje, że jednak da się odwrócić ten niekorzystny trend i pozyskać uznanie społeczeństwa, lecz do tego trzeba trochę więcej niż tylko pieniędzy.

Więcej pieniędzy, mniej zdrowia tu i teraz

Najwyższa Izba Kontroli nie pozostawia złudzeń: mimo wzrostu nakładów dostępność świadczeń nie poprawia się w sposób proporcjonalny. Dlaczego? Ponieważ – jak powtarzam od lat – kolejki nie są przede wszystkim problemem poziomu finansowania. Są efektem modelu organizacji systemu. Stały się jego podstawowym narzędziem racjonowania świadczeń, ale trudno tutaj o jakąś logikę. Ma się nieodparte wrażenie, że głównym motywem jest przeciwdziałanie patologicznym postawom świadczeniodawców i pacjentów, którzy tylko czyhają na okazję do skonsumowania lub wytworzenia świadczenia bez uzasadnienia. Jednak nie tędy droga, organizacja opieki zdrowotnej nie może przypominać polowania na czarownice i szukania kozła ofiarnego.

Wydajemy więcej, ale nie wydajemy mądrzej. System absorbuje środki, zanim zdążą zamienić się w dostępność dla pacjenta. Ale nie do byle jakich usług, tylko opieki skierowanej do właściwych pacjentów, udzielonej na właściwym poziomie jakości, we właściwym czasie i miejscu, która zaspokoi rzeczywiste potrzeby. Odpowiedzią na policzalne problemy zdrowotne powinna być nowoczesna logistyka kompleksowej opieki. Tymczasem jej koszty rosną szybciej niż przychody. Dużą część funduszy pochłaniają mechanizmy systemowe: coroczny wzrost wynagrodzeń przekładający się na eskalację wyceny świadczeń, nowe obowiązki przeniesione na NFZ. Efekt? Pacjent widzi jedno: kalendarz bez wolnych terminów. Kolejka to nie błąd systemu, lecz metoda działania. To już nie problem organizacyjny, ale zagrożenie zdrowotne. Problemem nie jest tylko to, ile wydajemy, ale co przejada system, zanim dotrze do niego pacjent. System nie tyle jest niedofinansowany, ile źle skalibrowany do rosnących kosztów wynagrodzeń oraz technologii. Powtórzę starą prawdę – najdroższą formą opieki zdrowotnej jest opieka spóźniona i udzielona niezgodnie z aktualną wiedzą medyczną.

Polska zdrowia: kraj dwóch prędkości

Problemem jest nie tylko czas oczekiwania – średnio już ponad 4 miesiące na świadczenie zdrowotne. Jeszcze bardziej niepokoi to, że NIK wskazuje głębokie nierówności regionalne i tzw. białe plamy, gdzie dostęp do świadczeń jest ograniczony lub nie istnieje. Na przykład mediana czasu oczekiwania w I kwartale 2025 r. dla przypadków stabilnych do poradni kardiologicznej w województwie lubelskim wynosiła 47 dni, ale już w województwie opolskim 199 dni. Jeszcze gorsza jest sytuacja, jeśli chodzi o dostęp do poradni endokrynologicznej – rekordzistami są województwa opolskie z medianą 365 dni oraz śląskie z medianą 345 dni. Najwięcej szczęścia mają mieszkańcy Lubelszczyzny, bowiem w tym regionie mediana czasu oczekiwania na wizytę u endokrynologa to tylko 67 dni. Zakresów, w których występuje taka rozpiętość, można wymieniać wiele. Na drugim końcu osi jest pozorna dostępność, ale w miejscach oferujących bardzo niską jakość. Kuszący krótki czas oczekiwania nie gwarantuje uzyskania optymalnego rezultatu ze względu na niskie doświadczenie ośrodka czy brak gwarancji leczenia powikłań. To nie jest już tylko paradoks. To systemowa sprzeczność. Dosypujemy pieniędzy do systemu, który nie jest zaprojektowany, by zamieniać je w dostępność według konstytucyjnej zasady równości. Ustawa o świadczeniach nie tworzy bowiem furtki dla dyskryminujących pacjentów praktyk i oparcia zabezpieczenia zdrowotnego obywatela na modelu szczęścia. Strażnikiem naszego prawa do opieki porównywalnej jakości powinien być NFZ. Czy swoje zadania wykonuje należycie, to pytanie z gatunku retorycznych, zważywszy na zakres analiz i decyzji, które mają wiązać pieniądze ze składki ze zdrowiem, a nie wolumenem usług.

Coraz więcej osób podejmuje zatem jedyną racjonalną decyzję: wychodzi z kolejki i płaci prywatnie. System publiczny przestaje być realnym rozwiązaniem – staje się wariantem dla wytrwałych, dla tych bez opcji alternatywnej. Będę konsekwentnie powtarzała, że nie możemy budować systemu zdrowia, który działa dobrze tylko dla tych, których stać, by z niego wyjść. Wyróżniająca Polskę na tle krajów OECD wysoka skala zgonów możliwych do uniknięcia dzięki profilaktyce i dostarczonym na czas i we właściwy sposób interwencjom medycznym odzwierciedla nadal chaos organizacyjny. Choć nasz system w wielu miejscach imponuje, na przykład dostępem do nowoczesnych terapii, nowoczesnych rozwiązań cyfrowych czy opieki koordynowanej, to wciąż ich beneficjentami są wybrani, których atutem jest miejsce zamieszkania, status społeczny czy ekonomiczny.

Najdłuższa kolejka? Do wejścia do systemu

Jednym z największych złudzeń jest myślenie, że problem zaczyna się przy operacji. Nie, on zaczyna się znacznie wcześniej. Już na etapie rejestracji będącej dla wielu pacjentów pierwszą barierą dostępu. Potem pojawia się kolejka do specjalisty i następna – do diagnostyki, i jeszcze kolejne – do leczenia i rehabilitacji. To nie jest jedna kolejka. To jest cały łańcuch. Ciekawe jest to, że NFZ nigdy nie przedstawił danych, w ilu kolejkach przeciętnie stoi ubezpieczony. Jak ten parametr zmienia się wraz z wiekiem, regionem, modelem finansowania placówki podstawowej opieki zdrowotnej, pod której opieką jest obywatel. A najtrudniejsze dopiero przed nami. Starzejemy się. Żyjemy dłużej – ale wymagamy więcej opieki. OECD przypomina: opóźnienia w leczeniu pogarszają wyniki zdrowotne i zwiększają przyszłe koszty systemu. To oznacza, że dzisiejsze kolejki są nie tylko problemem społecznym. Są długiem zdrowotnym, który dopiero przyjdzie nam spłacić.

Dlaczego punktowe reformy nie działają

Czy potrafimy skracać kolejki? Owszem. W wybranych obszarach udało nam się istotnie poprawić dostępność. Zdjęcie limitów na niektóre procedury – jak zaćma czy endoprotezy – przyniosło poprawę. Wprowadzenie koordynowanej opieki w onkologii także. Ale to są zazieleniające się wyspy na oceanie problemów. Bo system pozostaje ten sam, zorientowany na świadczeniodawcę, a nie chorego, na świadczenia i przychody z nich, a nie na wynik leczenia i doświadczenie pacjenta.

Reformy przypominają gaszenie pożarów zamiast przebudowy instalacji. Proces odwracania piramidy świadczeń trwa, ale bardzo powoli. W efekcie poprawa w jednym miejscu często powoduje zator w innym. Przykładem jest wdrożenie koordynowanej opieki w POZ, która została mocno wyhamowana, a równocześnie nie przyniosła spodziewanego efektu w postaci ograniczenia wizyt w poradniach specjalistycznych. Celem zmiany najczęściej jest tylko modyfikacja procesu i struktury, bez orientacji na jakość wyniku interwencji medycznej. W efekcie poprawa w jednym miejscu często powoduje zator w innym. Nie da się trwale skrócić kolejek w systemie, w którym nie ocenia się jakości i nie nagradza efektów zdrowotnych, ale tylko liczbę procedur.

Czego naprawdę potrzeba, aby dopuścić Polaków do zdrowia? Nie kolejnych deklaracji. Nie tylko większych pieniędzy. Potrzebujemy zmiany logiki działania systemu z płacenia za świadczenie na płacenie za efekt, z zarządzania podażą na zarządzanie ścieżką pacjenta, z reakcji na kryzys do jego wyprzedzania. Dopóki tego nie zrobimy, dopóty będziemy finansować nie zdrowie, lecz kolejki.

Musimy postawić realnie na profilaktykę i wczesną reakcję na problemy zdrowotne. Powiązać program „Moje zdrowie” i opiekę koordynowaną w zintegrowany model opieki populacyjnej. Doprecyzować zakres koszyka podstawowego zabezpieczenia zdrowotnego na poziomie powiatu, bo zamiast mówić o tym, czego mamy za dużo w szpitalach powiatowych, odpowiedzmy na pytanie, jaki zakres świadczeń powinien być gwarantowany populacji w lokalnym środowisku życia, jakim jest powiat. Niezbędne jest zintegrowanie lokalnego systemu zdrowia z ośrodkami wysokoreferencyjnymi w sieci onkologicznej, kardiologicznej, neurologicznej itp. Aby jednak płynnie kierować ruchem pacjenta, najważniejszym priorytetem powinna być dalej idąca cyfryzacja ochrony zdrowia oparta na modelu powszechności, a nie dobrowolności. Dzisiaj zróżnicowanie informatyzacji placówek medycznych jest jednym z filarów wykluczenia zdrowotnego pacjenta. Chory, który musi być głównym przekaźnikiem informacji medycznej, ma nieporównywalnie mniejsze szanse na zdrowie i życie niż ten, którego dane płyną wraz z nim w procesie diagnozy i terapii w systemach informatycznych. Zarządzanie kolejką w dużym stopniu oparte jest na dostępie do rzeczywistych danych o zasobach i ich organizacji. Optymalizacja procesów pozwala na stworzenie nowej przestrzeni dla pacjenta. Jednak mechanizmy finansowania mogą tę przestrzeń zagospodarować wysokowartościowymi zdrowotnie interwencjami lub zagruzować świadczeniami, których jedynym walorem jest zysk finansowy.

Kluczowe pytanie nie brzmi, czy kolejki się skrócą, lecz czy ktoś ma odwagę zmienić zasady gry. Ponieważ bez zmiany modelu finansowania, organizacji ścieżki pacjenta i sposobu zarządzania świadczeniami będziemy tylko dosypywać pieniędzy do systemu, który produkuje opóźnienia. Na końcu tej kolejki nie zawsze czeka zdrowie.

Artykuł Małgorzaty Gałązki-Sobotki z Uczelni Łazarskiego opublikowano w „Menedżerze Zdrowia” 2/2026.

Przeczytaj także: „W kolejce po zdrowie”.

Działy: Aktualności w Menedżer Zdrowia Tylko w „Menedżerze Zdrowia” Aktualności
Tagi: Małgorzata Gałązka-Sobotka kolejka kolejki pacjent pacjenci ochrona zdrowia w Polsce Narodowy Funduszu Zdrowia NFZ finanse w ochronie zdrowia kolejki do lekarzy czas oczekiwania do specjalisty dostęp do świadczeń zdrowotnych organizacja ochrony zdrowia reformy w ochronie zdrowia płacenie za efekty opieka koordynowana POZ medycyna profilaktyka zdrowotna cyfryzacja ochrony zdrowia e-zdrowie wydatki na zdrowie system ochrony zdrowia