Operacja: Dania ►
Grzegorz Gielerak/Szymon Czerwiński
Zastosowanie duńskiego modelu szpitalnictwa w Polsce oznaczałoby redukcję – z niemal 600 do zaledwie 250 placówek. Grzegorz Gielerak rozłożył ten model na czynniki pierwsze, stanowczo sprzeciwiając się jego bezkrytycznemu wdrażaniu. Chwalił skandynawski rygor planowania i finansowania, ale jednocześnie ostrzegał, że w naszych realiach demograficznych i geopolitycznych infrastrukturalny minimalizm Kopenhagi okaże się dla krajowych szpitali rozwiązaniem niedobrym.
- Zastosowanie duńskiego modelu w Polsce oznaczałoby matematyczne zapotrzebowanie na zaledwie 250 szpitali „ostrych”
- Mówił o tym gen. Grzegorz Gielerak, traktując jednak te wyliczenia jako punkt wyjścia do dyskusji, i stanowczo sprzeciwiając się mechanicznemu kopiowaniu skandynawskich rozwiązań nad Wisłą
- Grzegorz Gielerak poparł duński rygor planowania, ale odrzucił bezkrytyczną likwidację łóżek szpitalnych. Dodał, że bez odpowiednich przepisów zmuszających Narodowy Fundusz Zdrowia do kontraktowania zgodnego z mapami potrzeb wszelkie krajowe plany transformacji pozostaną urzędniczą fikcją
- Skrajna redukcja bazy infrastrukturalnej niesie ryzyko paraliżu. W skandynawskiej opiece zdrowotnej i społecznej pracuje 21 proc. aktywnych zawodowo, w Polsce zaledwie 6,5 procent. Z powodu braków kadrowych polskie szpitale muszą pełnić funkcje socjalne, z którymi system ambulatoryjny sobie nie poradzi
Gen. Grzegorz Gielerak, dyrektor Wojskowego Instytutu Medycznego – Państwowego Instytutu Badawczego w Warszawie, członek Rady do spraw Ochrony Zdrowia przy Prezydencie Rzeczypospolitej Polskiej, uczestniczył w panelu „Szpitalnictwo – najbardziej kosztochłonna część systemu. Ilu szpitali naprawdę potrzebuje Polska? Reforma, której boją się politycy”, który odbył się podczas X Kongresu Wizja Zdrowia – Diagnoza i Przyszłość – Foresight Medyczny.
Wypowiedź eksperta poniżej. Pod wideo dalsza część tekstu.
Kiedy podczas sejsi Krystian Lurka z „Menedżera Zdrowia” zapytał wprost o to, ilu dokładnie szpitali potrzebuje Polska i czy jesteśmy gotowi na sieciowanie wzorem rozwiązań duńskich, odpowiedź eksperta zweryfikowała optymizm reformatorów.
Grzegorz Gielerak dokonał chłodnej kalkulacji, natychmiast jednak studząc zapał entuzjastów zagranicznych modeli.
Dania, przystępując do reformy w 2006 r., zredukowała liczbę szpitali z 40 do 21, opierając się na wskaźniku jednego szpitala „ostrego” na 200–400 tys. mieszkańców. Przeniesienie tego parametru na polskie realia – nawet po nałożeniu korekty na gorszy dojazd, słabiej zaludnione tereny wschodnie i niewydolną opiekę podstawową – oznacza zapotrzebowanie na 200, maksymalnie 250 takich placówek. Obecnie w krajowej sieci funkcjonuje ich 585.
Jak podkreślił Grzegorz Gielerak, jeszcze kilka lat temu mówienie o zmniejszeniu liczby szpitali do 180 szpitali wywoływało oburzenie. Dziś wartości rzędu 250 placówek padają oficjalnie.
Gielerak zastrzegł jednak stanowczo, że to bezlitosna matematyka, która powinna uświadomić nam skalę przerośnięcia systemu, a nie gotowy scenariusz do natychmiastowego wdrożenia.
Ekspert nie popierał mechanicznego przenoszenia skandynawskiego modelu jeden do jednego, traktując go wyłącznie jako przydatne studium przypadku. Z Danii – jak podkreślił – należy zaczerpnąć rygor zarządczy, kategorycznie odrzucając przy tym infrastrukturą naiwność, która zrujnowałaby polskie realia.
Plan bez finansowego pokrycia
Polska posiada już istotne fundamenty pozwalające na rozpoczęcie procesu na wzór skandynawski: zaktualizowane mapy potrzeb zdrowotnych, wojewódzkie plany transformacji oraz wojewódzkie rady zdrowia. Teoretycznie dysponujemy połową zasobów planistycznych, od których zaczynali Duńczycy. Problem blokujący reformę tkwi jednak w całkowitym rozszczepieniu planowania operacyjnego od budżetowania – i to właśnie ten mechanizm powinniśmy od Kopenhagi skopiować.
Grzegorz Gielerak wskazał na systemowy absurd – to wojewoda opracowuje plany transformacji, ale finansowaniem dysponuje Narodowy Fundusz Zdrowia.
Mówił też, że mapy potrzeb pozostają w słabej relacji z wartością środków przekazywanych przez płatnika. Dokument planistyczny, który nie zobowiązuje NFZ do ściśle określonego kontraktowania, staje się wyłącznie teoretycznym opisem rzeczywistości. Z tego powodu ekspert postulował, by przedłużenie działania obecnej sieci szpitali (do końca czerwca 2029 r.) wykorzystać nie na jałowe zmiany szyldów właścicielskich, lecz na nowelizację prawa wiążącą plany wojewodów z bezwzględnym obowiązkiem finansowania ich założeń przez fundusz.
Decyzja wymaga polityki
Analizując duński proces, Grzegorz Gielerak odniósł się również do kwestii przywództwa w reformie. Wbrew częstym postulatom polskiego środowiska lekarskiego, które domaga się całkowitego odpolitycznienia ochrony zdrowia, przykład skandynawski pokazuje mechanizm odwrotny.
W Danii reforma była od początku procesem prowadzonym z pełnym uwzględnieniem czynnika politycznego. Ostateczne decyzje o tym, gdzie zlokalizować wiodące, ostre szpitale, podejmowały rady regionów, działające jednak w ścisłych ramach centralnych wytycznych medycznych. Pełne oderwanie restrukturyzacji od odpowiedzialności politycznej jest w skali makro w pełni iluzoryczne.
Kadrowe kolizja
Mimo drastycznych dysproporcji w liczbie placówek ekspert stanowczo przestrzegł przed skandynawskimi cięciami infrastrukturalnymi, na które Polska po prostu nie ma kadr. Model duński opiera się na potężnym zapleczu ludzkim – w systemie ochrony zdrowia i pomocy społecznej pracuje tam 21 procent osób czynnych zawodowo. W Polsce wskaźnik ten to zaledwie 6,5 procent.
Ta różnica definiuje odmienne role szpitali. W Danii na tysiąc mieszkańców przypada 2,3 łóżka, podczas gdy w Polsce 6,3. W warunkach skrajnego niedoboru kadr w opiece podstawowej i ambulatoryjnej krajowe oddziały przejęły de facto funkcje społeczne oraz diagnostyczne. Redukcja bazy łóżkowej do poziomów skandynawskich, przeprowadzona bez uprzedniego zbudowania kompetentnego ogniwa opieki pozaszpitalnej, wygeneruje w polskim systemie nieodwracalny paraliż i odetnie pacjentów od świadczeń.
Geopolityka ważniejsza niż minimalizm
Do niedoborów kadrowych i braku opieki ambulatoryjnej dochodzi jednak argument ostateczny – wymogi obronności państwa. Jako dyrektor instytutu wojskowego Grzegorz Gielerak przypomniał, że Dania czy Szwecja funkcjonowały przez lata w innej rzeczywistości geopolitycznej. Polska, planując zmiany w szpitalnictwie, musi bezwzględnie podporządkować je wymogom bezpieczeństwa państwa.
W czasie realnych zagrożeń i ryzyka kryzysu militarnego krajowy system nie może zostać pozbawiony elastyczności, na którą pozwoliły sobie kraje z północy Europy. Z tego powodu rzekoma nadmiarowość – na przykład słynne 120 oddziałów chirurgii czy 156 oddziałów kardiologii – nie powinna być traktowana wyłącznie jako bezproduktywny koszt do natychmiastowej likwidacji. Placówki te wymagają racjonalnego przeprofilowania, aby w razie zewnętrznego zagrożenia mogły błyskawicznie powrócić do swoich pierwotnych, ostrych zadań. Utrzymanie strategicznej rezerwy infrastrukturalnej to twarda gwarancja bezpieczeństwa, która w polskim kontekście kategorycznie wyklucza wdrożenie skandynawskiego minimalizmu jeden do jednego.
Czego nie mówią entuzjaści modelu duńskiego?
Skandynawska redukcja szpitali „ostrych” z 40 do 21 bywa często traktowana w publicznej debacie jako bezwzględny dogmat organizacyjny. Tymczasem twarde dane naukowe studzą ten entuzjazm.
Grzegorz Gielerak w swoich analizach wielokrotnie powoływał się na ogólnokrajowe badanie obejmujące 11,4 mln duńskich przyjęć nagłych, opublikowane w 2022 r. w prestiżowym „BMJ Quality and Safety”. Pisaliśmy o tym w tekście „Duński sen czy duński mit?” – ekspert przedstawił w nim wnioski weryfikujące błędne założenia zmian:
- Brak spadku śmiertelności: Konsolidacja podniosła produktywność szpitali, ale wcale nie obniżyła ogólnej śmiertelności populacyjnej. Zarejestrowano wręcz spowolnienie poprawy wskaźników, a wyraźne korzyści pojawiły się wyłącznie w wybranych, wąskich rozpoznaniach (zawały, udary, ciężkie urazy).
- Iluzja współfinansowania: Mechanizm zmuszający lokalne gminy do opłacania części rachunków za hospitalizację ich mieszkańców miał być bodźcem do rozwoju profilaktyki. W praktyce okazał się fikcją – samorządy płaciły, ale nie zapobiegały, a liczba przyjęć na oddziały nie zmalała.
- Ukryte koszty społeczne: Skandynawska restrukturyzacja wygenerowała potężne koszty, których nie widać w optymistycznych tabelach księgowych: mieszkańcy obszarów oddalonych od zoptymalizowanych ośrodków stracili poczucie bezpieczeństwa zdrowotnego, a personel medyczny skonsolidowanych oddziałów raportował drastyczne przeciążenie pracą.
Przeczytaj także: „Wszystko pilne, nic ważnego”, „Świątynie błędów”, „Podstawowe błędy” i „Operacja na otwartym rynku”.
Więcej materiałów z konferencji po kliknięciu w poniższy baner.

