Wyślij
Udostępnij:
 
 
Mieczysław Michalak/Agencja Gazeta

Plany na wypadek tragedii? Nie ma, bo mówiło się, że „jakoś to będzie” ►

Autor: Krystian Lurka |Data: 04.11.2020
 
 
Nie jesteśmy przygotowani na pandemię COVID-19. – Od 2000 r. każde województwo powinno mieć procedury, w których zawarte byłyby zalecenia dotyczące działania w sytuacjach szczególnie niebezpiecznych. Niestety, pozostaliśmy z nośnymi hasłami PR-owymi – mówi prof. Juliusz Jakubaszko, anestezjolog i specjalista medycyny ratunkowej, członek zarządu Międzynarodowego Towarzystwa Medycyny Ratunkowej oraz były konsultant krajowy w dziedzinie medycyny ratunkowej.
– To jest stawianie wszystkiego na głowie – przekonuje prof. Jakubaszko, opisując działania związane z COVID-19.

Jaki zatem jest pomysł anestezjologa i specjalisty medycyny ratunkowej na poprawę sytuacji? I dlaczego tak jednoznacznie krytykuje decyzje rządzących? O tym mówi w rozmowie z „Menedżerem Zdrowia”.

Prof. Jakubaszko zaczyna od podkreślenia tego, że zmarnowano lata.



– W sytuacjach szczególnie niebezpiecznych – a taką sytuacją jest rozwijająca się pandemia – rozwiązaniem powinno być, odnosząc się do medycyny katastrof, zastosowanie procedur postępowania na wypadek wystąpienia zdarzenia masowego. Od 2000 r., kiedy zaczęliśmy w Polsce tworzyć medycynę ratunkową, opracowanie takich planów to obowiązek wojewodów. Każde województwo powinno mieć dla swojego regionu procedury, które byłyby corocznie weryfikowane. W nich zawarte winny być również zalecenia dotyczące przygotowania lokalnej bazy szpitalnej, w tym zmniejszanie liczby zabiegów planowych, rozszerzenie zaplecza technicznego, zwiększenie zapasów krwi, wygospodarowania nowych miejsc dla pacjentów, uruchamiania obszarów do masowej dekontaminacji, odkażania, i tak dalej – wylicza profesor i przyznaje, że u nas się tego nie robi.

– To nigdy nie działało. Mówiło się, że „jakoś to będzie”. Niestety, teraz to wybuchło przy okazji pandemii – zostaliśmy postawieni w rozpaczliwej sytuacji, ponieważ nie jesteśmy przygotowani na zagrożenie. Co gorsza, system zdrowia, który jako tako funkcjonował, został „dociśnięty do ściany”. Rozwiązania proponowane przez rządzących to prowizoryczne poszukiwanie rozwiązań, rzucanie haseł – być może nośnych PR-owo, ale praktycznie karkołomnych – podkreśla.

Ekspert krytykuje tworzenie szpitali tymczasowych.

– Zaczynają powstawać i… dobrze wyglądają w telewizji. Nic poza tym. W telewizorze pojawiają się urzędnicy, przedstawiciele partii rządzącej, którzy pokazują, że coś się dzieje, że działają, że anektują stadiony i hotele. Na pokaz. Obiecują tysiące łóżek w szpitalach tymczasowych, mówią, że te szpitale będą koordynowane przez duże szpitale, już istniejące, że będą finansowane z budżetów wojewodów lub budżetu premiera, ale kto tam będzie pracował? Wydaje się, że nikt z rządzących o tym nie pomyślał, nie słuchał ekspertów, nie pytał o zdanie – żali się prof. Jakubaszko.

– Kiedy słyszę, że szpital – na przykład na Stadionie Narodowym – ma mieć na początku 300 lub 500 łóżek i 50 stanowisk intensywnej terapii, to od razu stwierdzam, że to niemożliwe. Kto będzie na tych stanowiskach pracować? Ktoś, kto rzuca takie hasła, nie rozumie istoty intensywnej terapii – mówi prof. Jakubaszko. – Stadion Narodowy nadaje się najwyżej na przechowalnię i obserwację lżej chorych, rodzaj izolatorium. To oznacza mniejsze zapotrzebowanie na specjalistyczny personel medyczny.

Dlaczego jest taki surowy w ocenie?

Ekspert przypomina, że intensywnej terapii w naszym kraju jako jednej z pierwszych dyscyplin medycznych udało się wypracować pewne standardy obsady kadrowej, które dziś są niszczone.

– Pacjentami na sześciu łóżkach intensywnej terapii powinien opiekować jeden anestezjolog. Na tzw. lżejszej intensywnej terapii – na dwa łóżka „przypada” jedna pielęgniarka, ale czasami potrzebne są trzy na dwa łóżka. Wszystko zależy od stanu pacjenta – trzeba pamiętać, że jeśli ktoś wymaga respiratora, to rozwija się u niego niewydolność wielonarządowa – jest pacjentem w stanie ciężkim. Obsada w takim przypadku musi być i liczna, i fachowa. Tego się nie zapewni w szpitalach tymczasowych – przyznaje.

Co zatem proponuje?



– Istniejąca baza szpitalna wymaga wsparcia. Duże szpitale, regionalne, takie, które były tworzone przez lata, zasługują w tej chwili na pomoc. Rozumiem, że ich pojemność jest ograniczona, ale w tych miejscach jest potencjał ludzki, jest zaplecze laboratoryjne, diagnostyczne i tak dalej, to tam są oddziały ratunkowe – co prawda ze „szczątkowym” personelem, ale jednak. Wokół tych placówek należałoby stworzyć strefy buforowe, budować kontenery lub namioty pneumatyczne – to tam powinny być przygotowywane dodatkowe łóżka obserwacyjne i covidowe. Dlaczego? Bo jeśli stan pacjenta z COVID-19 przebywającego w takiej strefie nagle zacznie się pogarszać, szybko będzie mógł skonsultować go anestezjolog lub inny specjalista, który oceni, czy potrzebne jest rozszerzenie terapii, intubacja, respirator albo inna procedura. Wtedy do dyspozycji jest bliskie zaplecze szpitala. Szpitala, w którym są wyspecjalizowani pracownicy – mówi prof. Jakubaszko i dodaje, że przygotowywanie szpitali tymczasowych w odległych rejonach, na peryferiach miast, w hotelach, z koniecznością montowania instalacji gazowych, wyposażaniem w tomografię komputerową, jest ogromnie kosztowne i – jako tymczasowe, bez zapewnienia odpowiedniego personelu – nie ma szans na powodzenie.

Przeczytaj także: „Martin McKee o niewyobrażalnych konsekwencjach COVID-19”, „Powinniśmy organizować szpitale tymczasowe w istniejących pustych placówkach” i „Stadiony nadają się najwyżej na kostnice”.

Zachęcamy do polubienia profilu „Menedżera Zdrowia” na Facebooku: www.facebook.com/MenedzerZdrowia i obserwowania kont na Twitterze i LinkedInie: www.twitter.com/MenedzerZdrowia i www.linkedin.com/MenedzerZdrowia.
 
© 2021 Termedia Sp. z o.o. All rights reserved.
Developed by Bentus.
PayU - płatności internetowe