Tomograf tylko do godz. 13. I jak tu zarabiać? ►
Paweł Buszman/Szymon Czerwiński
– W dużych szpitalach często jest tak, że cztery tomografy pracują do godz. 13. Później działa już tylko jeden. To nigdy się nie sfinansuje – stwierdził prof. Paweł Buszman, podkreślając, że aby móc leczyć, placówka musi zarabiać, i ostrzegając, że bez mechanizmów rynkowych scentralizowany system po prostu zbankrutuje.
- Zarządzany z poziomu centrali publiczny system zdrowia utracił wydolność operacyjną i generuje kilkudziesięciomiliardowe długi – prof. Paweł Buszman ocenił, że winę za to ponoszą między innymi wadliwe wyceny świadczeń ustalone przez Agencję Oceny Technologii Medycznych i Taryfikacji
- Przyznał, że ignorowane są koszty amortyzacji, co skazuje placówki na powolną dekapitalizację
- Poza tym ekspert obnażył absurd publicznych molochów, w których ultranowoczesna aparatura diagnostyczna stoi bezczynnie po wczesnym popołudniu
Prof. Paweł Buszman, menedżer i kardiolog, współzałożyciel American Heart of Poland (AHP), uczestniczył w panelu „Szpitalnictwo – najbardziej kosztochłonna część systemu. Ilu szpitali naprawdę potrzebuje Polska? Reforma, której boją się politycy”, który odbył się podczas X Kongresu Wizja Zdrowia – Diagnoza i Przyszłość – Foresight Medyczny.
Wypowiedź eksperta poniżej. Pod wideo dalsza część tekstu.
Krystian Lurka z „Menedżera Zdrowia” zapytał eksperta o rynkowe mechanizmy w publicznych placówkach obciążonych sztywnymi kosztami.
W odpowiedzi Buszman nie pozostawił złudzeń.
– Zadłużenie publicznych szpitali przekroczyło 30 mld zł, a deficyt Narodowego Funduszu Zdrowia sięgnął 20–30 miliardów. Ten scentralizowany, publiczny model zarządzania się nie sprawdził – ocenił prof. Buszman, podkreślając, że bolączką systemu jest chęć sterowania wszystkim z poziomu centrali, co całkowicie ignoruje zróżnicowane potrzeby dużych miast, pojedynczych powiatów czy makroregionów.
Najważniejszym postulatem prof. Buszmana była konieczność prowadzenia szpitali na zasadach działalności gospodarczej – o czym już wcześniej mówił w wywiadzie zatytułowanym „Aby leczyć, trzeba zarabiać”.
Oznaczałoby to, że placówka musi generować przychody pozwalające na odtworzenie własnej infrastruktury – zarówno budynków, jak i aparatury medycznej. Jeśli szpital nie gromadzi środków na ten cel, oznacza to, że zainwestowane w niego pieniądze publiczne są wyrzucane w błoto, ponieważ po 20–30 latach majątek ulega całkowitej dekapitalizacji.
Winą za ten stan ekspert obarczył mechanizmy wyceny procedur.
Zwrócił uwagę, że Agencja Oceny Technologii Medycznych i Taryfikacji (AOTMiT) w wadliwy sposób podchodzi do kosztów amortyzacji. Historycznie zakładano, że skoro szpital powstał za pieniądze publiczne, amortyzacji nie trzeba uwzględniać. Dziś, nawet jeśli ten czynnik bywa brany pod uwagę, opiera się on na stawkach dla szpitali już w pełni zamortyzowanych (zużytych), co sztucznie zaniża wyceny. W efekcie szpitale wydają pieniądze nie na to, co jest realnie potrzebne do rozwoju, lecz na to, na co pozwala im NFZ.
KPO – no i co?
Buszman przestrzegł również przed bezrefleksyjnym wydawaniem środków finansowych z Krajowego Planu Odbudowy. Podkreślił, że same zakupy sprzętowe nie rozwiążą problemów, jeśli nie pójdzie za nimi optymalizacja procesów zarządczych.
Jako przykład rażącej niegospodarności w dużych publicznych placówkach podał wykorzystanie nowoczesnej diagnostyki obrazowej.
– Kupujemy sprzęt za miliardy złotych, ale czy on jest odpowiednio wykorzystywany? W dużych szpitalach często cztery tomografy pracują do godz. 13, a później czynny jest tylko jeden, i to wyłącznie do działań doraźnych. W takim modelu te inwestycje nigdy się nie sfinansują – zauważył ostro prof. Buszman.
W kontekście tych problemów organizacyjnych ekspert skrytykował pomysły całkowitej centralizacji usług medycznych i likwidacji mniejszych placówek. Jako praktyk doskonale znający realia zarówno szpitali uniwersyteckich, jak i powiatowych, odrzucił tezę, że duże ośrodki są w stanie przejąć wszystkich pacjentów.
– Wiem, jak wyglądają szpitalne oddziały ratunkowe w dużych, wojewódzkich placówkach. Tam po prostu nie ma łóżek, pacjentów nie da się przyjąć. Znam przypadki, gdy zawał serca w dużym mieście nie jest przyjmowany przez potężny ośrodek kardiologiczny, lecz odsyłany do małego szpitala dwie ulice dalej, bo w klinice brakuje miejsc – relacjonował.
Szpitale uniwersyteckie – jak stwierdził – wykonują doskonałą pracę w zakresie skomplikowanych procedur, ale nie mogą być obciążane drobnymi interwencjami medycznymi. Dlatego konieczne jest utrzymanie placówek powiatowych oraz tworzenie konsorcjów szpitalnych, które pozwolą na racjonalny podział obowiązków i stopniowanie pomocy.
Płaćmy dyrektorom za zdrowie, a nie za procedury
Na zakończenie prof. Buszman sformułował fundamentalny zarzut wobec polityki kadrowej w państwowym systemie – nikt nie weryfikuje efektów leczenia.
– Nigdy nie słyszałem, by dyrektorzy szpitali czy prezesi oddziałów NFZ byli wynagradzani za poprawę wskaźników zdrowotnych populacji na swoim terenie. Gdybyśmy wprowadzili system premiowania za realne wyleczenie pacjentów, a nie za samo wykonanie procedur medycznych, planowanie budżetów wyglądałoby zupełnie inaczej – podsumował ekspert.
Przeczytaj także: „Koniec dyktatury łóżka”, „Operacja na otwartym rynku”, „Koniec z niekontrolowaną konkurencją o lekarzy specjalistów” i „MCDA – kiedy i co to da?”.
Więcej materiałów z konferencji po kliknięciu w poniższy baner.

