Chora na wolność słowa
Artur Kubasik/Agencja Wyborcza.pl
– Ja nie biorę żadnych leków od ponad 20 lat. Dlaczego? Bo nie istnieje ani jedno badanie, ani jeden artykuł naukowy na świecie, który byłby w stanie wyjaśnić i przewidzieć, jak dany preparat zachowa się w twoim organizmie – wyznała Beata Pawlikowska, znana podróżniczka i dziennikarka. Autorce wypowiedzi podważającej medycynę zabrakło dowodów, prowadzący rozmowę jej nie skontrował, a niebezpieczne tezy zyskały w internecie ogromne zasięgi.
- Beata Pawlikowska u „Żurnalisty” wygłaszała niebezpieczne tezy o zdrowiu, między innymi o lekach i depresji – bez żadnej reakcji ze strony prowadzącego
- Czy to wciąż wolność słowa, czy już przyzwolenie na bezkarną dezinformację?
- Eksperci z zakresu kardiologii, onkologii i psychiatrii wypunktowali medyczne błędy celebrytki
12 sierpnia Beata Pawlikowska wystąpiła u Dawida „Żurnalisty” Swakowskiego – podcastera, influencera i przedsiębiorcy, a wcześniej rapera oraz menedżera celebrytów. W rozmowie zatytułowanej „Jedzenie nas truje, alkohol ogłupia, a system nie chce prawdy” znana podróżniczka przez ponad dwie godziny – nomen omen – serwowała wielotysięcznej publiczności mniejsze i większe półprawdy oraz manipulacje dotyczące zdrowia, leków i depresji, przedstawiając je jako niepodważalne fakty.
Przykłady?
Już na początku wywiadu Pawlikowska stwierdziła, że depresja nie jest chorobą, a leki przeciwdepresyjne nigdy nie zostały należycie przebadane. Przekonywała, że każdy, kto zacznie chorować i przyjmować leki, już nigdy z nich nie zrezygnuje, ponieważ po wyciszeniu jednych objawów natychmiast pojawią się kolejne.
Zapytana o to, czy istnieje dolegliwość, przy której zdecydowałaby się na farmakoterapię, odpowiedziała kategorycznie, że takich chorób nie ma.
– Nawet jak złamałam rękę, to nie brałam leków przeciwbólowych – dodała.
– Ja w ogóle nie biorę żadnych leków od ponad 20 lat. Dlaczego? Bo nie istnieje ani jedno badanie, ani jeden artykuł naukowy na świecie, który byłby w stanie wyjaśnić i przewidzieć, jak dany preparat zachowa się w twoim organizmie – wyznała, chwaląc przy tym metody alternatywne i niekonwencjonalne.
„Żurnalista” nie skontrował twierdzeń Pawlikowskiej, a niebezpieczne tezy błyskawicznie zyskały w sieci ogromne zasięgi – do 19 sierpnia tylko w serwisie YouTube rozmowę obejrzano ponad 268 tys. razy.
Od redakcji – wyjaśnienie
Przytoczone wyżej wypowiedzi Beaty Pawlikowskiej to stwierdzenia niepotwierdzone naukowo. Redakcja „Menedżera Zdrowia” zacytowała je, aby zwrócić uwagę na problem bezkrytycznego i bezkarnego rozpowszechniania pseudonaukowych tez w sieci – często ku uciesze internetowych twórców, którzy generują na nich miliony wyświetleń i czerpią z tego zyski.
Sława i zasięgi w internecie nie mogą zastępować rzetelnej wiedzy medycznej, a wolność słowa nie powinnam służyć za alibi dla promowania niebezpiecznych tez. Gdy bezrefleksyjnie rozpowszechnia się pseudonaukowe teorie o rezygnacji z leków, nieszczepieniu dzieci czy leczeniu nowotworów niepotwierdzonymi naukowo metodami, stawką staje się ludzkie zdrowie i życie. Twórcy internetowi mają obowiązek konfrontować takie wypowiedzi z faktami, bo rachunek zdrowotny zapłacą nie autorzy kontrowersyjnych opinii czy bierni dziennikarze, lecz bezkrytyczni odbiorcy.
Komentarze ekspertów
O skomentowanie słów Beaty Pawlikowskiej redakcja TVN24 poprosiła kardiologa, onkologa i psychiatrę.
– Nie chodzi o to, żeby kogokolwiek zmuszać do tabletki, tylko żeby wspólnie ocenić, jak duże jest ryzyko i ile realnie możemy osiągnąć samą zmianą stylu życia – mówi prof. dr hab. n. med. Łukasz Małek, specjalista kardiologii.
– Trzeba jednak uczciwie powiedzieć, że zmiana stylu życia nie zawsze wystarcza. Czasami wartości ciśnienia czy stężenie LDL [tzw. złego cholesterolu, którego nadmiar prowadzi do rozwoju miażdżycy – red.] są na tyle wysokie albo ryzyko sercowo-naczyniowe [prawdopodobieństwo, że u danej osoby w ciągu najbliższych 10 lat wystąpi zawał serca, udar mózgu lub zgon z przyczyn sercowo-naczyniowych – red.] jest na tyle duże, że potencjalny efekt diety, ruchu i redukcji masy ciała będzie po prostu zbyt mały – przyznał kardiolog.
Na efekt samej zmiany stylu życia nie czeka się przede wszystkim u pacjentów po zawale, udarze czy z rozpoznaną miażdżycą. Są też dziedziny medycyny – takie jak onkologia – w których samo leczenie operacyjne, czyli usunięcie guza, nie wystarczy. Wówczas dla leków nie ma żadnej alternatywy.
– Możemy jedynie wybierać między jednym lekiem a drugim – mówił w rozmowie z TVN dr n. med. Paweł Sobczuk, specjalista onkologii klinicznej, członek zarządu Polskiego Towarzystwa Onkologii Klinicznej. Nie ma jednak nowotworu złośliwego, w przypadku którego moglibyśmy zupełnie zaniechać leczenia i nie byłoby to tragiczne w skutkach.
Nie ma możliwości, aby człowiek sam, nawet przy wsparciu naturalnych środków czy diet, „oczyścił się” z nowotworu. Lekarz przyznał, że organizm faktycznie jest w stanie zwalczyć część chorób – na przykład przeziębienie – samodzielnie.
– Jednak nowotwór wywodzi się ze zdrowej tkanki. Jest oznaką tego, że naturalne mechanizmy kontroli, chroniące przed mutacjami i zachorowaniem, po prostu zawiodły – wyjaśnia dr Paweł Sobczuk.
Do końca życia albo wcale?
Czy pacjent onkologiczny, który już zaczął leczenie farmakologiczne, będzie musiał kontynuować je do końca życia?
To zależy.
Jak w rozmowie z TVN24 wyjaśnia dr Paweł Sobczuk, część leków stosowanych w onkologii jest na tyle bezpieczna, że można stosować je przewlekle. To ważne szczególnie w przypadku nowotworów w stadium przerzutowym, takich jak rozsiany rak piersi. Dziś – właśnie dzięki coraz lepszym lekom – długość życia pacjentek istotnie się wydłuża.
Nawet jeśli kilka cykli chemioterapii doprowadzi do całkowitego wyleczenia nowotworu, może się zdarzyć, że pozostawi ona w organizmie trwałe skutki uboczne pogarszające jakość życia. Wtedy pacjent również będzie potrzebował odpowiednich leków.
W kardiologii faktycznie często jest tak, że dany lek trzeba przyjmować przez wiele lat, a czasem do końca życia.
– Nie oznacza to jednak, że organizm się od niego uzależnił ani że lek z czasem przestał działać. Najczęściej po prostu nadal istnieje przyczyna, z powodu której został włączony – wyjaśnia prof. Łukasz Małek.
– Twierdzenie, że jak zacznie się brać leki, będzie się musiało brać je do końca życia, jest mylące. Trafniej powiedzieć: jeżeli przez całe życie utrzymuje się wskazanie do leczenia, lek warto przyjmować tak długo, jak długo jego udowodnione korzyści przewyższają ryzyko – powiedział w TVN24 prof. dr hab. n. med. Łukasz Małek, specjalista kardiologii
Kardiolog tłumaczy, że nie mamy wtedy do czynienia z uzależnieniem od preparatu – to konsekwencja przewlekłego charakteru choroby albo trwałego podwyższenia ryzyka po przebytym zdarzeniu sercowo-naczyniowym.
Czy można leczyć depresję bez leków?
Jak to wszystko wygląda w psychiatrii?
– Leczenie farmakologiczne w zaburzeniach psychicznych nie zawsze jest konieczne – mówi dr n. med. Tomasz Gondek, specjalista w dziedzinie psychiatrii.
W przypadku depresji głównym oddziaływaniem pozafarmakologicznym jest psychoterapia, zwłaszcza poznawczo-behawioralna. Może ona okazać się wystarczająca u pacjenta z łagodnym epizodem tej choroby. Nawet jeżeli psychiatra wdraża farmakoterapię, to leków nie stosuje się do końca życia.
– W przypadku epizodu depresji leczenie farmakologiczne stosujemy przez sześć do dziesięciu miesięcy. Jeżeli dochodzi do nawrotów, wtedy zalecenia mówią o utrzymaniu leczenia do dwóch lat. Pod koniec tego okresu stopniowo zmniejszamy dawki leków – wyjaśnia dr Tomasz Gondek.
Przede wszystkim rozsądek
– Ważne jest, aby stosowanie, a także odstawianie leków przebiegało pod nadzorem lekarza, gdyż po każdym leku mogą wystąpić działania niepożądane, które dla pacjenta będą zbyt nasilone lub nieakceptowalne – podkreśla dr Tomasz Gondek.
Podobnie było z Bogdanem Rymanowski i Grażyną Cichosz
W listopadzie 2025 r. – w tekście „Niewinne brednie czy perfidna dezinformacja – sprawa Bogdana Rymanowskiego” – opisywaliśmy wywiad Bogdana Rymanowskiego z prof. Grażyną Cichosz z Uniwersytetu Warmińsko-Mazurskiego, technologiem mleczarstwa i profesorem nauk rolniczych, zatytułowany „Żywieniowy przekręt”.
Grażyna Cichosz twierdziła w nim między innymi, że 30 lat temu nie było choroby Leśniowskiego-Crohna, człowiek nie trawi globulin [białek występujących np. w soi – red.], a Francja w 2015 r. zakazała stosowania aspartamu [słodzika będącego zamiennikiem cukru w produktach niskokalorycznych – red.].
To medyczne brednie.
Zastanawialiśmy się wówczas, czy znany dziennikarz powinien bezkrytycznie rozmawiać o sprawach zdrowotnych z technologiem mleczarstwa oraz co ma do tego wolność słowa.
Sprawę skomentował Piotr Rzymski z Zakładu Medycyny Środowiskowej Uniwersytetu Medycznego im. Karola Marcinkowskiego w Poznaniu:
– Wolność słowa kończy się tam, gdzie zaczyna się celowe wprowadzanie ludzi w błąd – zwłaszcza w kwestiach, od których zależy zdrowie publiczne. W imię pluralizmu opinii nie można stawiać na równi faktów naukowych i pseudonaukowych fantazji. Dziennikarstwo ma obowiązek informować, a nie amplifikować fałsz pod pretekstem „równowagi”. To trochę tak, jakby w imię równego traktowania zapraszać do programu o bezpieczeństwie ruchu drogowego zarówno instruktora jazdy, jak i kogoś, kto twierdzi, że zapinanie pasów powinno być dobrowolne, a czerwone światło to jedynie sugestia. Z pewnością nie ma też sensu poświęcanie takiej postaci tematu numeru czy okładki magazynu, bo to – wbrew intencjom – darmowa promocja, dzięki której szkodliwe poglądy zyskują jeszcze większy rozgłos – podkreślił Piotr Rzymski w rozmowie z „Menedżerem Zdrowia”.
Przeczytaj także: „Co łączy przerzuty do wątroby, gołębia i «swierze» buraki?”.

