Wyślij
Udostępnij:
 
 
Byli szefowie resortu i funduszu dzisiaj, czyli co u pana słychać, panie ministrze?
 
Działy: Aktualności
Co robią szefowie najważniejszych w zdrowiu urzędów dziś, gdy kadencja się skończyła? Przygotowaliśmy zestawienie. Do wybranych ministrów dotarliśmy i dokładnie wypytaliśmy.
Artykuł Wiktorii Lipiec:
- Kariera lekarza, naukowca, organizatora, polityka na najwyższym szczeblu. Różnie się układają losy ministrów zdrowia. Rzut oka na ich dorobek daje odpowiedź na pytanie, dlaczego w Polsce nie ma ciągłości polityki w opiece zdrowotnej. Coś jest tworzone, by następnie zostało zlikwidowane albo przekształcone tak, że powstaje całkowicie nowa jakość. Niestety, nie zawsze dobra. Przyjrzyjmy się kilkorgu ministrom zdrowia z ostatnich dwóch dekad.

Oczywiście nie przywołujemy całości legislacji, którą im zawdzięczamy, bo po prostu nie ma na to miejsca, ale wskazujemy te działania, które miały największy ciężar gatunkowy z punktu widzenia organizacji opieki zdrowotnej lub w odbiorze społecznym. Pytaliśmy też, co sądzą o polskiej ochronie zdrowia.

Wojciech Maksymowicz
Był ministrem przez 511 dni (31.10.1997 – 26.03.1999).

Wprowadził reformę polegającą na zastąpieniu budżetowego systemu finansowania opieki zdrowotnej przez system oparty na finansowaniu ze składek na ubezpieczenie zdrowotne odliczanych od podatku dochodowego. Wojciecha Maksymowicza łapię telefonicznie w drodze na lotnisko. Wybiera się na kongres do Japonii, gdzie ma odczyt jako gość specjalny. – Uhonorowano mnie – mówi. Zastrzega jednak, że Ewa Błaszczyk została uhonorowana jeszcze bardziej. – Będzie miała jeszcze większy „event” – śmieje się. Tłumaczy, że Japończycy byli pod takim wrażeniem stworzonej przez nią kliniki „Budzik”, że zaproponowali jej coś w rodzaju franczyzy na swoich wyspach. Był znienawidzonym ministrem zdrowia jako twarz reformy wprowadzającej kasy chorych. Co ciekawe, akurat ta reforma jest ostatnią, która została przygotowana przy szerokim konsensusie politycznym – wszak ustawę o powszechnym ubezpieczeniu zdrowotnym uchwalił sejm zdominowany przez SLD, a AWS, którego pierwszym ministrem zdrowia był Maksymowicz, ją wdrażał. Faktem jest, że wprowadził do ustawy szereg modyfikacji jeszcze przed datą jej wejścia w życie.

Najważniejszą zmianą, która być może zaważyła na odbiorze tej reformy tak przez pacjentów, jak i pracowników medycznych, było obniżenie składki na ubezpieczenie zdrowotne. Maksymowicz nie był autorem ani zwolennikiem tej poprawki, pomysł wyszedł od wicepremiera Leszka Balcerowicza i w starciu z tym politykiem minister zdrowia przegrał. Potem było coraz gorzej – w pierwszym roku obowiązywania tej ustawy średnio na jeden miesiąc przypadała jedna jej nowelizacja. Spory o to, czy działanie AWS było słuszne, raczej nigdy się nie zakończą. Szok wywołany nagłą zmianą organizacyjną i finansową spowodował niepokój i chaos. Wojciech Maksymowicz odczuł powszechną frustrację. Wspomina, że kiedyś został obrzucony wyzwiskami przez starszego pana z laską, którego od ataku nie powstrzymało nawet to, że minister był z dziećmi. Teraz były już minister spotyka się raczej z sympatią, chociaż nie dlatego, że zmieniła się percepcja jego reformy. Kojarzony jest jako lekarz z poświęceniem niosący pomoc ludziom, których spotkało olbrzymie nieszczęście. Dorobek Maksymowicza jako neurochirurga nie budzi już tak wielkich sporów, choć on sam uważa, że każdy sukces jest okupiony zawiścią i w Olsztynie, z którym jest związany, nie brakuje mu wrogów w środowisko lekarsko-dyrektorskim.

Profesor neurochirurgii zapewnił sobie jednak miejsce w historii medycyny, bo znalazł się w gronie pionierów w swojej dziedzinie. We współpracy z profesorem Isao Moritą z Japonii 16 pacjentom w stanie minimalnej świadomości wszczepił stymulatory, dzięki którym 3 z nich udało się przywrócić kontakt ze światem. Ale to nie wszystko. Zespół stworzony przez Maksymowicza prowadzi badania nad zastosowaniem komórek macierzystych w terapii różnych chorób neurodegeneracyjnych, takich jak stwardnienie zanikowe boczne (SLA) czy stwardnienie rozsiane. Nie on jeden, ale to właśnie Maksymowicz może się pochwalić sukcesem w tej dziedzinie: na 11 pacjentów ze SLA, u których zastosowano komórki macierzyste w Olsztynie, u 7 uzyskano wyraźną poprawę, co jest bardzo dobrym rezultatem. W związku m.in z komórkami macierzystymi profesor ma największe plany, przy czym wcześniej wypracowana została odpowiednia strategia. Jej kluczowym elementem było uruchomienie nowoczesnego laboratorium komórek macierzystych oraz międzynarodowa współpraca – z Japończykami, Włochami i Szwajcarami.

– Mamy wszelkie możliwości rozwoju – podkreśla Maksymowicz. Zastrzega, że w tym pokoleniu polskich naukowców nie liczy na przełom, ale już teraz kształcone są kadry i to do nich może należeć wielki sukces w przyszłości. Zbudowany przez niego uniwersytet medyczny, a raczej medyczna część Uniwersytetu Warmińsko-Mazurskiego, okazał się jedną z najlepszych uczelni kształcących lekarzy. Jej absolwenci najlepiej w Polsce zdają kończące studia egzaminy: lekarski i dentystyczny. Pomimo sukcesów w dziedzinach mało związanych z polityką Maksymowicz wciąż nie chce o niej zapomnieć. Był w Partii Centrum, Platformie Obywatelskiej, współtworzył partię Gowina.

– Wypisałem się, kiedy okazało się, że chcą wrócić do budżetowego systemu opieki zdrowotnej. Zacząłem znowu kontemplować bezpartyjność – mówi. Przyznaje jednak, że z Gowinem wciąż współpracuje, tym razem przy reformie szkolnictwa wyższego firmowanej przez wicepremiera. W ostatnich wyborach bez powodzenia startował do senatu z poparciem PSL. W najbliższym czasie chce się zająć stworzeniem ruchu na rzecz – jak to nazywa – rehumanizacji medycyny. Wyznaje, że sam miał udział w otwarciu puszki Pandory, czyli technicyzacji i ekonomizacji relacji lekarz – pacjent, choć liczenie kosztów było w polskiej opiece zdrowotnej konieczne. Poza tym w wolnych chwilach maluje, niedawno odbyła się wystawa jego prac w Warszawie. Na tę pasję chciałby mieć więcej czasu.

Mariusz Łapiński
Był ministrem 455 dni (19.10.2001 – 17.01.2003).

Zlikwidował kasy chorych. Doprowadził do utworzenia Narodowego Funduszu Zdrowia. Ustawa w tej sprawie została uznana za niekonstytucyjną przez Trybunał Konstytucyjny. Politykiem okazał się co najmniej kontrowersyjnym, uwikłanym w przeróżne konflikty, ale na pewno (do czasu) skutecznym. Narzekał i narzeka, że miał czarny PR, ponieważ naraził się przemysłowi farmaceutycznemu. Dziś Mariusz Łapiński więcej niż z polityką ma wspólnego z biznesem. W KRS figuruje pod aż 21 rekordami (część dotyczy tych samych spółek, bo na przykład był wykreślany z grona wspólników). Niektóre spółki, które zakładał lub był w ich władzach, są związane z przemysłem farmaceutycznym. Zapewne tym, który nie przeznaczał – jak twierdził Łapiński w wywiadach i wydanej przez siebie książce – masy pieniędzy na czarny PR. Nie ma drugiego takiego byłego ministra zdrowia, który pojawiałby się co jakiś czas jako bohater czegoś, co media określają aferą, i którego tropiliby dziennikarze śledczy. „Tropy, które jak w egzotycznej bajce prowadzą do świata brykietu, kopalni złota w Mongolii, fabryki insuliny w Uzbekistanie. Do Prokuratury Rejonowej Warszawa-Mokotów i Mariusza Łapińskiego, znajomego prezesów Lek-Amu. Byłego ministra zdrowia” – to fragment jednego z tekstów Wojciecha Cieśli poświęconych m.in. Łapińskiemu w „Newsweeku”. Dziennikarz wygrał pierwszy proces ze spółką Lek-Am o zniesławienie (wyrok zapadł w ubiegłym roku).

Według mediów Łapiński handlował m.in. brykietem, był zainteresowany kupnem kopalni złota w Mongolii. Podobno miał długi. Doniesienia o takiej tematyce urwały się, ale po kilku latach znowu usłyszeliśmy o byłym ministrze – tym razem zatrzymało go CBA pod zarzutem przyjęcia korzyści majątkowej. Mariusz Łapiński w wywiadzie udzielonym Piotrowi Nisztorowi na antenie Polskiego Radia zarzekał się, że zarzuty są chybione. Jak twierdziło CBA, w zamian za kontrakty pewna firma użyczyła za darmo Łapińskiemu samochód. Były minister odpowiadał, że samochód był w leasingu, za co sam płacił. Nie był funkcjonariuszem publicznym, a firma już wcześniej współpracowała z konsorcjum, z którym był związany. Owo konsorcjum zostało założone m.in. przez Wojskową Akademię Techniczną. Łapiński był szefem biura Klastra Centrum Inżynierii Biomedycznej WAT. Mariusz Łapiński, kardiolog i hipertensjolog, wyznał Nisztorowi, że zawsze interesował się leczeniem nowotworów. – Zostałem zaproszony przez rektora do WAT, przygotowałem projekt na 30 mln zł – tłumaczył.

Projekt miał się zacząć w 2016 r. Za tę kwotę wyremontowany został budynek, wyposażone nowoczesne laboratorium oraz – jak relacjonował – realizowanych było pięć projektów badawczych, m.in. dotyczących stosowania grafenu w medycynie (w opatrunkach) oraz w obronności (jako składnik opon rosomaków, dzięki czemu maja być odporniejsze na ogień i bardziej wytrzymałe). – Zakończyliśmy projekt [...]. Odszedłem po półtora roku [...]. Patenty są w moim posiadaniu – usłyszeli słuchacze audycji radiowej. Zapewne jeszcze usłyszymy o byłym ministrze. Nie udało mi się do niego dotrzeć. On – były polityk lewicy – najczęściej gości teraz w prawicowych mediach. Na przykład w TV Republika. Faktem jest, że rzadko.

Marek Balicki
Był ministrem dwa razy.
Pierwszy raz 75 dni (17.01.2003 – 2.04.2003), drugi 473 dni (15.07.2004 – 31.10.2005).

Wprowadził ustawę o świadczeniach opieki zdrowotnej finansowanych ze środków publicznych. Doprowadził do uchwalenia ustawy o narodowym programie zwalczania chorób nowotworowych oraz doprowadził do uchwalenia ustawy, która umożliwiła wymianę helikopterów Lotniczego Pogotowia Ratunkowego. Marek Balicki, kiedy ministrem zdrowia była Ewa Kopacz, w sondażu przeprowadzonym przez „Gazetę Prawną” wygrał jako najlepszy dotychczasowy szef tego resortu. Twierdzi, że prawdopodobnie zawdzięcza taki wynik swojej osobowości – temu, że wygląda poważnie, jest spokojny i wyważony. Ministrem zdrowia był dwa razy, za pierwszym razem raptem ok. trzech miesięcy. Odszedł w proteście przeciwko mianowaniu na prezesa NFZ Aleksandra Naumana. Okazało się, że wiedział, co robi. Naumann został zdymisjonowany trochę później w atmosferze korupcyjnego skandalu. – Cenę zapłacił Leszek Miller – kwituje Balicki. Trzeba przyznać, że był jednym z najlepiej zorganizowanych szefów resortu. Miał strategię i konsekwentnie ją wdrażał. Powołał zespół ekspertów, którzy opracowali analizę sytuacji w systemie opieki zdrowotnej i strategiczne kierunki jego rozwoju – zespół zakończył prace już w czasie, kiedy na Miodowej rządził Leszek Sikorski. Niestety, analiza zaginęła w szufladach resortu, a szkoda, bo eksperci ostrzegali w niej przed wieloma niebezpieczeństwami, których doświadczyliśmy (np. patologią przerzucania kosztów pomiędzy różnymi interesariuszami w systemie).

Najważniejsze zadanie, jakie Balickiemu postawiono za drugim razem, to doprowadzenie do uchwalenia ustawy o świadczeniach zdrowotnych finansowanych ze środków publicznych, która po uznaniu za niekonstytucyjną ustawy o NFZ przeforsowanej przez Łapińskiego miała ją zastąpić. Zadanie to zostało wykonane, a ustawa funkcjonuje, choć po wielu zmianach, do dziś. Nie udał się kolejny projekt – ustawy, która miała wydobyć z zadłużenia średnio zadłużone i mało zadłużone szpitale poprzez przekształcenie je w spółki użyteczności publicznej, czyli działające częściowo na podstawie kodeksu spółek handlowych, ale nie dla zysku. Główne zręby tej ustawy przygotował jeszcze wicepremier Jerzy Hausner, kiedy w okresie bezkrólewia na Miodowej nadzorował resort zdrowia. Nie udało się. – Wtedy SLD nie było już monolitem, a PO poświęciła interes publiczny na rzecz ostrej walki politycznej – ocenia. Z całego projektu udało mu się uratować część o pomocy publicznej dla zadłużonych placówek.

Co ciekawe, jak przypomina były wiceminister zdrowia Piotr Warczyński, uratowanie tej części ustawy zawdzięczamy późniejszemu wiceministrowi zdrowia Bolesławowi Piesze z PiS, który – kto wie, czy nie dzięki jakiemuś porozumieniu z Balickim – zgłosił poprawkę zachowującą w mocy część ustawy o pomocy publicznej na ostatnim jej czytaniu przed wnioskiem o odrzucenie jej w całości. Sejm poprawkę przyjął. Balicki za swój sukces uważa m.in. doprowadzenie do uchwalenia ustawy o Narodowym Programie Zwalczania Chorób Nowotworowych. Jak wyjaśnia, chodziło o wydobycie z zapaści i zapóźnienia radioterapii. – Ta ustawa zapewniła inwestycje i to się udało – mówi. Dziś Marek Balicki kieruje biurem ds. pilotażu Narodowego Programu Zdrowia Psychicznego, w ramach którego mają powstać centra zdrowia psychicznego. Jego zdaniem, jeśli pilotaż się powiedzie, będzie to przełom na miarę tego, jaki wprowadziła – promowana zresztą przez niego – tzw. ustawa psychiatryczna, która skończyła z brakiem procedur przy zamykaniu ludzi w szpitalach psychiatrycznych w sytuacji, gdy nie wyrażają na to zgody, i nadała prawa pacjentom psychiatrycznym. Centra mają za zadanie objąć pacjenta i jego rodzinę opieką blisko jego miejsca zamieszkania, a hospitalizacja ma być ostatecznością.

Marek Balicki to taki polityk, który nie obawia się iść pod prąd i zawierać sojusze z politycznymi oponentami. Działał w opozycji w PRL i był internowany. Działał w Unii Wolności, ale gdy skręciła na prawo, nie miał obaw, by przejść do obozu lewicy, wówczas powszechnie nazywanej postkomunistyczną. Jeszcze wcześniej, zanim doszło do tego przejścia, był doradcą prezydenta Aleksandra Kwaśniewskiego i zasiadał w powołanej przez niego radzie ds. ochrony zdrowia. Z pewnością nie jest admiratorem obecnego rządu, ale jest w radzie powołanej przez prezydenta Andrzeja Dudę. – Sekcja ochrony zdrowia w radzie u prezydenta Dudy działa podobnie jak ta w czasach Aleksandra Kwaśniewskiego. Spotykamy się prawie co miesiąc. Pierwsze spotkanie merytoryczne poświęcone było reformie opieki psychiatrycznej – mówi Balicki. Jego zdaniem to m.in. dzięki radzie i wsparciu konsultanta krajowego ds. psychiatrii udało się doprowadzić do powstania pilotażu centrów zdrowia psychicznego. Jak mówi, dzięki doświadczeniu parlamentarnemu (był posłem i senatorem) oraz ministerialnemu ma świadomość ograniczeń i wyczucie, kiedy jakieś zamierzenie ma największą szansę na realizację. Czy wróci do polityki? – Nie zamierzam. Ale życie zaskakuje. Raz, w 1997 r. postanowiłem zamknąć rozdział życia związany z polityką. Okazało się, że nie na długo. Niczego więc wykluczyć nie mogę – mówi.

Ewa Kopacz

Była ministrem zdrowia przez 1452 dni (16.11.2007 – 7.11.2011).

Doprowadziła do komercjalizacji zakładów opieki zdrowotnej dzięki tzw. pakietowi ustaw zdrowotnych, przewidujących przekształcenia w spółki. Pierwotny plan obowiązkowego przekształcenia nie powiódł się z uwagi na weto prezydenta Lecha Kaczyńskiego, w życie weszły przepisy, które były znacznie łagodniejsze. Doprowadziła do uchwalenia ustawy refundacyjnej określającej nowe zasady negocjacji cen leków refundowanych. Spod jej ręki wyszła ustawa o koszyku świadczeń gwarantowanych. Na stanowisku ministra zdrowia nie było osoby, która zrobiłaby tak oszałamiającą karierę polityczną jak Ewa Kopacz. Minister, marszałek sejmu, premier. I jeszcze przewodnicząca największej partii. Kiedy jej o tym mówię, wygląda na szczerze zdziwioną. Przypominam, że funkcje ministra, marszałka sejmu i premiera pełnił w polskiej polityce po 1989 r. tylko Włodzimierz Cimoszewicz.

– Dobre towarzystwo – kwituje. Gdy pełniła urząd na Miodowej, zarzucano jej chaotyczność, histeryczność, chwiejność. Obrady sejmowej Komisji Zdrowia nad ustawami z tzw. pakietu były wówczas pewnym novum w praktyce tej komisji – część z tych projektów przedstawiano jako poselskie, czasami niejasne było, kto jest autorem poprawek. Dyskusja nad projektami przebiegała burzliwie i często nie udawało się uzyskać wyczerpujących odpowiedzi. Dziś zwraca uwagę podczas autoryzacji, że nie była przecież przewodniczącą komisji. Minister okazała się jednak skuteczna – ustawy zostały uchwalone i za drugim razem prezydent Lech Kaczyński je podpisał, choć raczej nie był zwolennikiem tej reformy (poprzednią, także autorstwa ekipy Kopacz, bardziej radykalną, zawetował). Potem marszałkowanie i niespodziewana teka premiera. – Nikt nie rodzi się premierem. Trzeba się uczyć, ustalić priorytety i ciężko pracować. Programowe zapowiedzi zrealizowałam w ponad 90%. Dziś mam z tego satysfakcję – mówi. Podkreśla też, że lojalność w życiu prywatnym i w polityce zawsze była dla niej ważna. Plotkowano, że Ewa Kopacz zaszła w polityce tak daleko właśnie ze względu na absolutną lojalność wobec Donalda Tuska. Faktem jest, że kiedy była ministrem zdrowia, zdarzało jej się „przełknąć żabę”, czyli wycofać się z jakiegoś pomysłu, który następnie był krytykowany przez szefa rządu (tak było na przykład z pierwszą zapowiedzią programu in vitro). Nie próbowała budować swojego zaplecza, ale dbała o ludzi, z którymi współpracowała.

Z drugiej strony Tusk wybaczał swojej pani minister potknięcia – na przykład zapowiedź rychłego przedstawienia pakietu ustaw zdrowotnych, podczas gdy jeszcze nie nabrały kształtu. Starli się o prezesa NFZ i Ewa Kopacz postawiła na swoim. Jest nie tylko lojalna, potrafi być też odważna. Nieprzypadkowo to właśnie jej przypadła najtrudniejsza rola po katastrofie w Smoleńsku. I nie kryje, że nie miała w życiu trudniejszego zadania. Jak mówi, wspomina nie tamten czas, ale ludzi, przyjaciół, których w tej katastrofie straciła. O ile za Smoleńsk jest cały czas atakowana, mało kto pamięta jeszcze, że jej – katoliczce – grożono ekskomuniką. Stało się to wtedy, kiedy stanęła na straży obowiązującego prawa i dzięki jej interwencji udało się u nastoletniej dziewczynki przeprowadzić legalny zabieg aborcji (sprawa Agaty w Lublinie). Jako minister zdrowia mogła w tamtym czasie, będąc członkinią konserwatywnej partii (ona twierdzi, że centrowej), w obliczu takiej nagonki na zamiary nastolatki i jej matki – umyć ręce. Ewa Kopacz teraz jest posłanką. Zrezygnowała z wyścigu o władzę w swojej partii, jest wiceprzewodniczącą, a w gabinecie cieni PO ma funkcję wiceszefa. Jako posłanka może się pochwalić rekordem – w ostatnich wyborach zagłosowało na nią najwięcej osób w Polsce: ponad 230 tys., o 30 tys. więcej niż na Jarosława Kaczyńskiego, który w tym rankingu uzyskał drugie miejsce. Nie dziwi więc, że nie ma takich doświadczeń jak Maksymowicz z przypadkowymi przechodniami, choć przyznaje, że kilku dżentelmenów „pełni dyżury” przy biurze krajowym, wykrzykując nieprzyjemne rzeczy. – Zawsze ich pozdrawiam i obiecuję, że będę się za nich modliła – mówi. Pracuje w sejmowej Komisji Zdrowia i Komisji ds. UE.

– To mój naturalny wybór, skończyłam przecież studia lekarskie, długo pracowałam jako lekarz – wyjaśnia. Już nie przyjmuje jednak pacjentów. Co dalej? Nie chce zdradzać szczegółowych planów, a na pytanie, czy będzie startować w wyborach do Parlamentu Europejskiego, odpowiada, że czas pokaże, co się wydarzy, jest gotowa na wyzwania. Na razie pilnie uczestniczy w pracach Sejmu, zajmuje się mamą. Jej największa miłość ma kilka lat i mieszka w Gdańsku. – Moje serce tam się wyrywa – mówi. Do wnuka.

Konstanty Radziwiłł
Był ministrem przez 785 dni (16.11.2015 – 9.01.2018).

Doprowadził do uchwalenia ustawy zwiększającej w perspektywie kilku lat nakłady na opiekę zdrowotną do 6% PKB Zlikwidował finansowany ze środków publicznych program in vitro dla niepłodnych par. Wprowadził sieć szpitali i ustawę o POZ. Przez szereg lat Konstantego Radziwiłła najczęściej można było spotkać w siedzibie samorządu lekarskiego – był z nim związany niemal od początku jego istnienia. Radziwiłł to minister, który jest konsekwentnie wierny nauce Kościoła katolickiego, jeśli chodzi o tzw. prawa reprodukcyjne. Szybko zlikwidował finansowany ze środków publicznych program zapłodnienia pozaustrojowego, wprowadził obowiązek wypisywania recept na tzw. antykoncepcję awaryjną, za to leki na zaburzenia erekcji dzięki Radziwiłłowi można w Polsce kupić bez recepty. Autoryzując tekst, komentuje: „Zupełnie autonomiczną decyzję w tej sprawie podjął URPL. O tej i innych decyzjach zmiany statusu leków z RX na OTC dowiadywałem się z mediów i w związku z wątpliwościami, zwłaszcza w zakresie bezpieczeństwa tych decyzji, nawet poprosiłem w tej sprawie o wyjaśnienia”. W sprawach in vitro i antykoncepcji niespodzianki nie było, bo poglądy ministra były znane od lat. Jednak jeśli chodzi o koncepcje dotyczące kształtu organizacyjnego i finansowego systemu opieki zdrowotnej, poglądy Radziwiłła uległy dużym przeobrażeniom. Kiedyś był orędownikiem wolnego rynku w ochronie zdrowia.

– Moje pokolenie uległo iluzji wolnego rynku. Kiedy wchodziłem w dorosłe życie, po lewej była RWPG z gospodarką centralnie planowaną, po prawej EWG z kapitalizmem i wolnym rynkiem. Znaliśmy z własnego doświadczenia, do czego prowadziło centralne planowanie, i mieliśmy uproszczoną wizję wolnego rynku, absolutyzowaliśmy jego rolę w ochronie zdrowia – mówi. Wolny rynek w ochronie zdrowia i w niektórych innych usługach publicznych teraz nazywa iluzją. Swoją przemianę tłumaczy poszerzaniem wiedzy, także wtedy, gdy przewodniczył międzynarodowej organizacji lekarskiej CPME. – To bardzo dużo mi dało, mogłem przyjrzeć się z bliska, jak wyglądają systemy opieki zdrowotnej w zachodnich krajach, skądinąd wolnorynkowych, rozmawiałem ze swoimi kolegami. Widać tam wzrastający interwencjonizm państwowy w gospodarce oraz powszechne wyjęcie publicznych systemów ochrony zdrowia spod reguł wolnego rynku. Takie są także uregulowania Unii Europejskiej – wyjaśnia. Czynienie zarzutu ze zmiany poglądów w tej sprawie nazywa czystym absurdem. – Przez te wszystkie lata rozwijałem się i pogłębiałem wiedzę. Utwierdziłem się, że wolny rynek w opiece zdrowotnej, właściwy raczej dla krajów trzeciego świata, nie zapewnia dobrych efektów – mówi. Twierdzi, że jako minister powstrzymał prywatyzację i komercjalizację publicznych podmiotów w ochronie zdrowia. Do zapowiadanej przez PiS zmiany systemu na budżetowy nie doszło, przynajmniej na razie. Za swój sukces uważa jednak doprowadzenie do uchwalenia tzw. ustawy 6%, która w perspektywie kilku lat ma doprowadzić do zwiększenia wydatków na opiekę zdrowotną do 6% PKB. – To przełom. Zdobyliśmy przyczółek. Przecież w ustawie mowa jest o wartości minimalnej, a nie maksymalnej – mówi. Jako działacz samorządu przez lata domagał się od rządzących, by lekarze zarabiali na wejściu do zawodu dwie średnie krajowe, a potem więcej.

Jako minister tego postulatu nie zrealizował, choć jego zdaniem tzw. ustawa 6% daje na to szansę, a także wprowadzone przez niego przepisy o minimalnych wynagrodzeniach pracowników ochrony zdrowia. Konstanty Radziwiłł do współpracy z PiS w zakresie programu tej partii dotyczącym ochrony zdrowia został zaproszony – jak mówi – jeszcze przed wyborami. Do senatu startował jako kandydat PiS popierany przez Partię Razem Jarosława Gowina. Po tym, jak został ministrem, zapisał się do PiS. – Jako senator zajmuję się szczególnie obszarami zdrowia i rodziny – mówi. – Do resortu przyszedłem dobrze przygotowany. Teraz wiem jeszcze więcej, jestem ekspertem i mogę dzielić się swoją wiedzą – dodaje. Mieszka w swoim okręgu wyborczym i działa również tam, m.in. w Związku Dużych Rodzin. Co dalej? Raczej nie samorząd lekarski. – Ten rozdział został zamknięty – zapewnia. Kto wie, może zobaczymy jego nazwisko wśród kandydatów do Parlamentu Europejskiego. Czas pokaże.

Piotr Warczyński
Jako jedyny w tym zestawieniu nie był ministrem, ale w resorcie zdrowia spędził 18 lat i współpracował z 14 ministrami, w tym z wymienionymi wcześniej. Przed 18 laty dr n. med. Piotr Warczyński wygrał konkurs na stanowisko głównego specjalisty w Ministerstwie Zdrowia. Odchodził z niego na własną prośbę jako podsekretarz stanu. Co niezwykle rzadkie, wiceministrem był zarówno w rządzie PO, jak i PIS. Dlaczego? Nigdy nie był politykiem, choć ma twarde poglądy polityczne. Na szczęcie zawsze doceniano jego wiedzę merytoryczną.

– Miałem szczęście przez wiele lat pracować z mądrymi i rozsądnymi ludźmi – mówi. Nie zgadza się, że w zależności od tego, kto zostaje ministrem, polityka zdrowotna zmienia całkowicie kurs. Jego zdaniem jest to bardziej złożony proces. Upraszczając, wygląda to tak: przychodzi minister ze swoim programem i pomysłami lub częściej bez, ale w zderzeniu z rzeczywistością i w poszukiwaniu pomysłów zaczyna słuchać i współpracować z merytoryczną kadrą resortu, rozpoczyna się proces, przynajmniej w części, kontynuacji pomysłów poprzedników, czyli w rzeczywistości grona merytorycznych pracowników ministerstwa, do których się zaliczał. Resort zdrowia był jednym z nielicznych, który po personalnym „pogromie” za czasów Ministra Łapińskiego przetrwał bez większych czystek do końca kadencji Ministra Radziwiłła (16 lat). Dlatego kontynuacja pomysłów była możliwa. – Choć na ich ostateczną realizację trzeba było czasami czekać nawet kilkanaście lat – mówi. Jako przykład kontynuacji podaje wieloletni proces tworzenia prawa regulującego przekształcenia szpitali.

– Spółki użyteczności publicznej, których koncepcję opracowano za czasów ministra Hausnera i Balickiego, były niczym innym niż obecnymi podmiotami leczniczymi, aktualnie funkcjonującymi w formie spółek – wyjaśnia. Wspomina, że „było to przykre i niezrozumiałe” – patrzeć, jak posłowie SLD nie chcieli poprzeć rozwiązań stworzonych przez ich własny rząd. Trzeba przypomnieć, że oprócz zapisów dotyczących spółek użyteczności publicznej projekt zawierał także zapisy tworzące sieć szpitali czy dodatkowe ubezpieczenia zdrowotne. – Gdyby te regulacje weszły wtedy w życie, a był to rok 2004, mielibyśmy dzisiaj zupełnie inny system opieki zdrowotnej – twierdzi. Nie chce zdradzić, z którym ministrem współpracowało mu się najlepiej. – Mało kto zdaje sobie sprawę z tego, ile cierpliwości i pracy trzeba włożyć w przekonywanie kolejnych polityków do realizowania dobrych koncepcji, takich, które nie wywrócą wszystkiego do góry nogami – mówi. Jak twierdzi, nadal wykorzystuje w pracy swoją wiedzę i doświadczenie zarówno jako ekspert, jak i wykładowca uczelni wyższych. Teraz przede wszystkim jest lekarzem. Jako jeden z nielicznych urzędników lekarzy nigdy nie tracił kontaktu z pacjentami. Jest internistą, od wielu lat zajmuje się endoskopią gastroenterologiczną i tej umiejętności obecnie poświęca większość czasu. Pomimo tego, że siłą rzeczy przyjmuje teraz więcej pacjentów niż wcześniej, sprawia mu ta praca coraz większą frajdę.

Co słychać u innych liderów?

Rafał Zyśk
Były szef Departamentu Gospodarki Lekami w NFZ.

Po odejściu z NFZ zajął się kierowaniem własną firmą Health Economics Consulting, opracowującą m.in. analizy farmakoekonomiczne. Jego zainteresowania obejmują szczególnie zagadnienia zwiazane z onkologią.

Krzysztof Łanda

Poprzednik Zyśka w NFZ, potem wiceminister zdrowia.

Odkupił sprzedaną wcześniej firmę Meritum LA zajmującą się opracowywaniem raportów aktuarialnych. Współpracuje też ze spółką Dentons Business Services EMEA, czyli europejskim usługodawcą kancelarii Dentons.

Jakub Szulc
Były wiceminister zdrowia.

Odszedł z polityki do wielkiego biznesu – jest dyrektorem w EY, gdzie nadzoruje dział zajmujący się ochroną zdrowia i branżą farmaceutyczną.

Agnieszka Pachciarz
Była prezes NFZ.

Wróciła do tej instytucji w ubiegłym roku na stanowisko dyrektora oddziału wielkopolskiego. Wcześniej była zastępcą prezydenta Poznania i – w 2012 roku – podsekretarzem stanu w Ministerstwie Zdrowia.

Jarosław Pinkas
Były wiceminister zdrowia Jest pełnomocnikiem premiera. Zajmuje się tworzeniem nowej Inspekcji Bezpieczeństwa Żywności, czyli połączeniem żywnościowej części sanepidu z Inspekcją eterynaryjną i kilkoma innymi instytucjami związanymi z rolnictwem.

Piotr Błaszczyk
Były dyrektor Polityki Lekowej i Farmacji w Ministerstwie Zdrowia.

Od 2002 do 2007 r. był dyrektorem Departamentu Polityki Lekowej i Farmacji w Ministerstwie Zdrowia Były prezes Polskiego Zwiazku Pracodawców Przemysłu Farmaceutycznego. Dzisiaj obejmuje stanowisko prezesa Fosun Pharma Europe.

Krzysztof Kuszewski

Były wiceminister zdrowia.

Po śmierci Ryszarda Żochowskiego przez krótki czas był kierownikiem resortu. Po odejściu ze stanowiska na dłużej osiadł Państwowym Zakładzie Higieny. Kierował zespołem zajmującym się ekonomiką szpitalnictwa. Obecnie na emeryturze, zajmuje się m.in. publicystyką zdrowotną.

Igor Radziewicz-Winnicki
Były wiceminister zdrowia W czasie, gdy resortem zdrowia kierował Bartosz Arłukowicz, wrócił do pracy w szpitalu. Jest dyrektorem ds. medycznych Szpitala Praskiego pw. Przemienienia Pańskiego w Warszawie.

Sławomir Neumann

Były wiceminister zdrowia Po przegranych przez PO wyborach pozostał posłem, ale całkowicie zmienił zainteresowania. W Gabinecie Cieni PO jest ministrem rozwoju i infrastruktury.

Marek Tombarkiewicz
Były wiceminister zdrowia Był wiceministrem „u Radziwiłła”, stracił stanowisko po przyjściu do resortu Łukasza Szumowskiego. Wcześniej pracował jako dyrektor szpitala w Staszowie (woj. świętokrzyskie) i po odejściu z Miodowej postanowił tam wrócić. Wygrał konkurs, ale... ostatecznie zmienił zdanie. Obecnie kieruje Narodowym Instytutem Geriatrii, Reumatologii i Rehabilitacji.

Jacek Paszkiewicz
Paszkiewicz ze stanowiska prezesa NFZ odszedł w atmosferze skandalu. Siedmiu urzędników funduszu usłyszało zarzuty przekroczenia uprawnień, niedopełnienia obowiązków i podrabiania dokumentów bo. pomagali Paszkiewiczowi uchylić się od spłaty prywatnego długu. Kiedy firma windykacyjna chciała na poczet należności zająć mu działkę budowlaną w woj. pomorskim, Paszkiewicz natychmiast sprzedał ją swojej podwładnej i szefowej mazowieckiego oddziału NFZ Barbarze Misińskiej, prywatnie bliskiej przyjaciółce. W konsekwencji Misińską także zwolniono. Szybko znalazła nową pracę, jest prezesem Stołecznego Centrum Opiekuńczo – Leczniczego, które zajmuje się opieką długoterminową.

Leszek Sikorski
Sikorski w przeszłości był ministrem zdrowia w rządzie SLD. Potem pracował jako dyrektor Centrum Systemów Informacyjnych Ochrony Zdrowia w Ministerstwie Zdrowia. Dziś działa w Stowarzyszeniu Wielkopolskich Pozytywistów, Towarzystwie Opieki Paliatywnej i Hospicyjnej, Towarzystwie Chirurgów Polskich oraz Stowarzyszeniu Nauk o Zdrowiu.
 
© 2019 Termedia Sp. z o.o. All rights reserved.
Developed by Bentus.
PayU - płatności internetowe