Wyślij
Udostępnij:
 
 
Patchworkowa robota
 
Działy: Aktualności
Koniec roku to czas podsumowań. - Rozliczmy zatem system publicznej ochrony zdrowia, rozumiany jako całość: spójna, logiczna i działająca według określonych reguł. To dziedzina, w której od dłuższego czasu następuje konsekwentne psucie. Psucie, która trwa od początku jego powstania, czyli od roku 1999, psucie, które ostatnio nabrało większego impetu - pisze Krzysztof Bukiel w felietonie dla "Menedżera Zdrowia". I dodaje: - Dzisiejszy system wygląda jak patchwork, powstały z kawałków niepasujących do siebie i doszywania w sposób przypadkowy.
Felieton Krzysztofa Bukiela:
- Czy byłby ktoś w stanie określić jaki mamy system? Od trzech lat rządzący zapowiadają wprowadzenie budżetowej służby zdrowia, w której działanie „dla zysku” i mechanizmy rynkowe zastąpione są przez działanie „dla misji” i odgórne planowanie. Realizacją tej idei ma być, na przykład, sieć szpitali, którą zachwalał niedawno prezes NFZ i minister zdrowia, planując nawet jej rozwój w postaci obowiązkowej rejonizacji leczenia. Jednocześnie jednak ci sami panowie chwalili się sukcesem w postaci zmniejszenia kolejek do leczenia zaćmy, wszczepiania endoprotez stawów, do niektórych badań obrazowych czy pierwszorazowych wizyt u lekarzy specjalistów. Te sukcesy osiągnięto jednak nie metodami typowymi dla budżetowej służby zdrowia, ale sposobem rynkowym, czyli zwiększając zyski świadczeniodawców przez podniesienie wyceny niektórych świadczeń lub podwyższenie, a nawet zniesienie limitów. Nawiasem mówiąc udowodniono w ten sposób, że „bezkolejkowa” służba zdrowia jest możliwa jeśli zrównoważy się nakłady z potrzebami.

Takich niekonsekwencji w funkcjonowaniu systemu jest więcej.

Nawet najbardziej podstawowy element systemu czyli jego finansowanie nie ma spójnego, logicznego charakteru. Niby jest to finansowanie ubezpieczeniowe - składkowe, ale już od początku składka była różna dla różnych ludzi i to zarówno jeśli chodzi o jej wysokość, jak i sposób obliczania. Żaden rząd nie odważył się na naprawienie tej wady, a obecny „doszył” jeszcze jeden obcy element w postaci dodatku z budżetu państwa dopełniającego nakłady publiczne na ochronę zdrowia do określonego procentu PKB (6 proc. w roku 2024).

Sytuację gmatwa dodatkowo fakt, że – zgodnie z konstytucją – prawo do refundowanego leczenia mają nie „ubezpieczeni”, ale obywatele.

Kompletny chaos jest też w dziedzinie wynagradzania pracowników ochrony zdrowia. Teoretycznie o pensjach decyduje dyrektor zakładu w zależności od uzyskiwanych przez zakład dochodów. Dochody szpitali są jednak tak niskie, że dyrektorzy – aby je zbilansować – musieliby płacić wszystkim pracownikom pensje minimalne albo nie płacić wcale. Stąd pomysł - rodem z systemu budżetowego - aby wynagrodzenia pracowników służby zdrowia uregulować ustawowo. Przeforsował to poprzedni minister zdrowia. Wysokość tych gwarantowanych płac ustalono jednak na taki niskim poziomie, że nowy minister zmuszony był (pod groźbą takich lub innych protestów) podpisać porozumienia z poszczególnymi zawodami o podwyżkach, na które przeznaczono dodatkowe pieniądze z budżetu państwa. Teraz zatem do szpitala trafia z NFZ kilka „strumieni” pieniędzy. Część za wykonane świadczenia, w tym na większość wynagrodzeń, część na podwyżki dla jednej grupy zawodowej, część dla drugiej i kolejnej. Nie jest to ani system rynkowy, ani budżetowy, ani żadna logiczna ich hybryda.

Brak logiki i konsekwencji w postępowaniu rządzących widać też w odniesieniu do czasu pracy i sposobu zatrudniania pracowników medycznych, zwłaszcza lekarzy. Z jednej strony rząd odżegnuje się od konieczności poszanowania swobody gospodarczej w ochronie zdrowia, gdy, na przykład, uzasadnia wprowadzanie „sieci szpitali” i zapowiada dalszą etatyzację systemu, z drugiej broni tej swobody, gdy OZZL domaga się ograniczenia czasu pracy dla lekarzy zatrudnianych na kontraktach.

Dzisiejszy system opieki zdrowotnej wygląda jak patchwork powstały z różnych kawałków niepasujących do siebie i doszywanych w sposób przypadkowy. Jest w tym działaniu jednak pewna logika, uzyskanie doraźnych korzyści przez rządzących w postaci, na przykład, uniknięcia strajków, uzyskania poparcia przed kolejnymi wyborami, ograniczenia skutków niedoboru lekarzy i tak dalej. Patchwork, zgodnie z tym, co jest napisane w encyklopedii, był produktem ubóstwa. Nic nie mogło się zmarnować, a więc każdy najmniejszy ścinek i resztka były wykorzystywane do cerowania ubrań i pościeli.

Rządzący deklarują, że Polacy dogonią w najbliższych latach kraje bogatego Zachodu. Może przyszedł też czas na porzucenie patchworkowej roboty w publicznej ochronie zdrowia?

Zachęcamy do polubienia profilu "Menedżera Zdrowia" na Facebooku: www.facebook.com/MenedzerZdrowia i obserwowania konta na Twitterze: www.twitter.com/MenedzerZdrowia.
 
© 2019 Termedia Sp. z o.o. All rights reserved.
Developed by Bentus.
PayU - płatności internetowe