Dzień dobry
Dołącz do nas w mediach społecznościowych:
Udostępnij
Redaktor: Krystian Lurka
Źródło: PAP

Psycholog szkolny to członek zespołu, który może uratować życie

PAP/Tomasz Gzell

– Psycholog szkolny jest od tego, by wspierać funkcjonowanie dziecka w placówce. Żeby zrobić coś więcej, konieczna jest kooperacja szkoły, rodziców i specjalistów z zewnątrz, a z tym bywa problem – mówi Lucyna Kicińska, ekspertka Polskiego Towarzystwa Suicydologicznego.

Czym zajmuje się szkolny psycholog lub pedagog?

Wyjaśnijmy na wstępie, że psycholog w szkole to nie jest psycholog klinicysta, nie jest to również członek zespołu pracującego z psychiatrą, tylko nauczyciel-psycholog. Wizyta w gabinecie takiego specjalisty nie ma nic wspólnego z psychoterapią.

Zadania nauczyciela-psychologa są jasno określone w rozporządzeniu o pomocy psychologiczno-pedagogicznej. Niestety nawet zatrudnienie kolejnego tysiąca takich ekspertów, na co wskazał w swoim raporcie Instytut Psychiatrii i Neurologii, nie rozwiąże problemu braku dostępności do wsparcia w kontekście kryzysów psychicznych. W pierwszej kolejności powinniśmy zająć się rozwojem dostępności opieki w systemie ochrony zdrowia, a nie edukacji.

Oczywiście psycholog szkolny zajmuje się zdrowiem i dobrostanem psychicznym uczniów – ale w kontekście edukacyjnym, a dziecko funkcjonuje także w innych środowiskach. Specjalista zatrudniony w placówce nie ma możliwości działania w takim zakresie jak fachowiec z systemowej ochrony zdrowia.

To jaka jest jego rola?

Ma przede wszystkim rozpoznawać trudności, które wpływają na funkcjonowanie ucznia w środowisku edukacyjnym, i odpowiadać na nie razem z zespołem nauczycielskim, rodzicami oraz specjalistami z zewnątrz.

To w czym problem?

W tym, że coraz częściej w mediach podkreśla się, iż to szkolny specjalista rozwiąże problem albo że z marszu zacznie współpracować z podmiotami zewnętrznymi. Nie ma on jednak żadnych podstaw prawnych do nawiązywania takiej kooperacji (np. z psychiatrą), nawet jeśli widzi taką potrzebę. Mogłoby się to wydarzyć jedynie za zgodą rodzica, a z jej uzyskaniem bywa różnie – nawet na własne spotkania z uczniem psycholog potrzebuje zgody opiekunów prawnych.

Jest też druga strona medalu: wiedza psychiatrów na temat funkcjonowania środowiska edukacyjnego i tego, co jest możliwe do zrealizowania w placówce, jest w wielu przypadkach zerowa. Efekt jest taki, że lekarze wystawiają zaświadczenia nakazujące podjęcie konkretnych działań, których nie da się wdrożyć, ponieważ polski porządek prawny na to nie pozwala.

O jakich czynnościach pani mówi?

Na przykład psychiatra zaleca, a czasem wręcz zobowiązuje szkołę, aby monitorowała stan i funkcjonowanie ucznia po próbie samobójczej przez cały czas jego pobytu w placówce – czyli żeby miał on tzw. nauczyciela cienia i nie chodził sam nawet do toalety.

Tymczasem polski system prawny na to nie pozwala. Szkoła tak nie funkcjonuje. Jeżeli dziecko ma w opinii lekarza potrzebę ciągłego monitorowania stanu ze względu na zagrożenie życia lub zdrowia, to nie powinno przebywać w placówce oświatowej, lecz na całodobowym oddziale szpitala psychiatrycznego, bo tylko tam istnieje możliwość zapewnienia takiej opieki.

Niektórzy lekarze wystawiają też wsteczne zwolnienia lekarskie – i nie mówię tu o kilku dniach, ale o długich miesiącach. Widziałam zaświadczenia, których treść wprost wskazuje, że procesy pomocowe dla danego dziecka nie są realizowane. Jeśli lekarz trzeci rok z rzędu wystawia dokument o doświadczaniu m.in. zaburzeń adaptacyjnych, to znaczy, że pacjent nie jest skutecznie leczony, ponieważ te dolegliwości powinny ustąpić po pół roku. I tak, wiem, każda sytuacja jest inna, ale jeśli cały kontakt psychiatry ze szkołą ogranicza się do corocznie dostarczanych zaświadczeń o trwającym procesie chorobowym, budzi to wątpliwości i pokazuje, że potencjał współpracy nie jest wykorzystywany. I to nie z braku psychologów na miejscu.

Prof. Krzysztof Ostaszewski na konferencji prasowej zwrócił uwagę, że specjalista mógłby być mediatorem między szkołą a rodzicem, szczególnie w sytuacji konfliktu...

To o tyle trudne, że najczęściej, gdy psychiatra sugeruje postępowanie niemożliwe do zrealizowania, placówka odbierana jest jako podmiot wykazujący brak dobrej woli. Przykładowo, lekarz wystawia kolejny rok z rzędu zaświadczenie, że uczeń ma być niepytany przy tablicy z powodu długotrwałych zaburzeń lękowych. Kiedy szkoła wyraża zaniepokojenie skutecznością zewnętrznych procesów pomocowych, najczęściej nie spotyka się to ze zrozumieniem, bo „jak placówka może podważać zalecenie lekarza?”. Tylko my go nie podważamy – my wyrażamy niepokój, że dziecko nie otrzymuje realnej pomocy.

Jakie więc zadania ma szkolny psycholog?

Zakres jego obowiązków wynika bezpośrednio z przepisów dotyczących pomocy psychologiczno-pedagogicznej. Należą do nich m.in. działania diagnostyczne, rozpoznawanie trudności ucznia, diagnozowanie sytuacji wychowawczej, udzielanie wsparcia, działania profilaktyczne, interwencje w sytuacjach kryzysowych oraz pomoc rodzicom i nauczycielom.

Szkolni specjaliści mają obowiązek – razem z nauczycielami, na miarę możliwości organizacyjnych, posiadanych kompetencji i prawa – odpowiadać na potrzeby ucznia, a także inspirować rodziców, informując ich o konieczności wizyty w poradni psychologiczno-pedagogicznej czy wdrożenia terapii. Nie mamy jednak mocy prawnej, aby zmusić opiekunów do takich kroków, nawet jeśli widzimy u dziecka oczywiste problemy.

Psycholog szkolny nie może też z własnej inicjatywy, bez zgody rodziców, kontaktować się z psychiatrą czy przekazywać informacji podmiotom zewnętrznym. O wszystkim decydują rodzice.

Celem naszych działań jest sprawienie, by uczeń powrócił do funkcjonowania sprzed wystąpienia trudności. Niestety, opiekunom często wydaje się, że jeśli dziecko „dostanie” dostosowanie procesu edukacyjnego, to będzie je miało już zawsze – bez względu na to, czy problem zniknął.

Na czym polega dostosowanie, o jakim pani mówi?

Jeśli funkcjonowanie szkolne z powodu kryzysu emocjonalnego jest utrudnione, uczeń może przez pewien czas korzystać z pomocy w postaci wydłużenia czasu pracy na sprawdzianie, rezygnacji z odpytywania na forum czy zindywidualizowanej ścieżki kształcenia. Czasem rozwiązania te są bezwzględnie potrzebne, jednak niektórzy rodzice nadużywają tych form wsparcia.

Nie mówię o dzieciach z epizodem depresyjnym, które przejściowo nie mogą korzystać w pełni ze swoich możliwości. Gdy jednak ten stan mija, uczeń powinien wrócić do standardowego trybu nauki. Niestety, niektórzy opiekunowie starają się o kolejne zaświadczenia, ponieważ nauka w zindywidualizowanej ścieżce wymaga od dziecka mniejszego wysiłku. Próba wyjaśnienia, że uczeń nie potrzebuje już takich form pomocy, może skończyć się napłynięciem kolejnego zaświadczenia od lekarza albo wręcz konfliktem.

Wróćmy do zadań szkolnych psychologów...

Zajmują się oni także profilaktyką. Ponieważ jednak nie są w stanie zrobić wszystkiego sami – nawet przy wsparciu zespołu pomocy psychologiczno-pedagogicznej (w szkole, w której pracuję, jest obecnie jeden psycholog, dwóch pedagogów i pedagog specjalny) – starają się inspirować wychowawców. Rozwijają kompetencje nauczycieli, aby potrafili rozpoznać ucznia wymagającego wsparcia zarówno w placówce, jak i poza nią.

Choć to niewygodne, musimy zrozumieć, że kryzys psychiczny dziecka nie jest domeną szkoły, lecz wszystkich kontekstów, w których ono funkcjonuje: systemu rodzinnego, relacji rówieśniczych i edukacji. Placówka to zaledwie jeden element tej układanki.

Co możecie zrobić, gdy uczeń wymaga bardziej specjalistycznej pomocy, niż może zaoferować szkoła?

Szkoły – za zgodą rodzica i na mocy porozumień – współpracują z ośrodkami środowiskowej pomocy psychologiczno-pedagogicznej (tzw. I poziom referencyjności). Placówki te zatrudniają psychologów, psychoterapeutów i terapeutów środowiskowych. Mają one uprawnienia do kooperacji z placówkami edukacyjnymi (np. wizyty czy sesje koordynacji umożliwiające wymianę informacji), jednak nie zatrudniają lekarzy psychiatrów.

Ich zadaniem jest szybka interwencja i terapia środowiskowa bez włączania farmakoterapii. Ostatecznie to jednak rodzic decyduje, czy dziecko skorzysta z tej pomocy. W skrajnych przypadkach, gdy opiekunowie nie reagują, a stan psychiczny ucznia poważnie się pogarsza, dyrektor może złożyć wniosek o wgląd w sytuację rodziny. Trzeba jednak pamiętać, że z psychologicznego punktu widzenia taki krok stanowi dodatkowe utrudnienie w relacjach z rodzicem.

Jeśli trudności nie wynikają wyłącznie z edukacji, to nawet dziesięciu psychologów w szkole niewiele zdziała. Uczeń z zaburzeniami lękowymi, depresyjnymi czy neurorozwojowymi potrzebuje uruchomienia przez rodziców zewnętrznych form pomocy. Szkoła jest w tym procesie jedynie cegiełką, a nie całym murem obronnym dziecka.

Brakuje około tysiąca psychologów szkolnych. Jak rozwiązać ten problem?

Słyszymy czasem, że wystarczy dozatrudnić specjalistów w szkołach, aby problemy dzieci zniknęły i usprawniła się współpraca z psychiatrami. To nieprawda. Szkolni eksperci są otwarci na kooperację – pod warunkiem, że lekarze rozumieją realia placówki oraz funkcjonowanie dziecka w szerokim kontekście. Wystawianie zaświadczeń zwalniających z wysiłku edukacyjnego, cytując „bo tak będzie łatwiej”, to ogromne wypaczenie. Podciąganie wszystkiego pod zaburzenia, by uniknąć pracy, to przyzwolenie na tryb ucieczkowy, który nie przekłada się na sukcesy edukacyjne ani późniejsze życie dzieci.

Jeszcze kilka lat temu dostępność specjalistów była znacznie gorsza. Znaleźli się wspaniali ludzie, którzy za bardzo niskie wynagrodzenia – nieprzystające do wymagań i odpowiedzialności – pracują w instytucjach obarczanych winą za całe zło społeczne.

Żeby w szkołach nie było wakatów, należałoby zaproponować stawki rynkowe. Na psychologach spoczywa mnóstwo zadań: od profilaktyki, analizy funkcjonalnej i rozpoznawania problemów, przez interwencję kryzysową, pomoc rodzicom, działania ewaluacyjne, aż po budowanie współpracy z gronem pedagogicznym. A wszystko to za niewiele ponad najniższą krajową – dotyczy to zarówno początkujących nauczycieli, jak i mianowanych, którzy ukończyli wieloletnie staże i zdali egzaminy.

Czy uczniowie naprawdę sami z siebie przychodzą do gabinetów?

Proszę mi wierzyć, że tak. Sama jestem pedagogiem i uczniom nie robi to różnicy. Najczęściej słyszę: „Rodzice nie wiedzą, co się ze mną dzieje” albo „Rodzice nie akceptują tego, jaki jestem”. Niestety, późniejsze rozmowy z opiekunami często to potwierdzają. Mają oni w sobie dużo lęku i poczucia winy, dlatego łatwo przychodzi im przerzucanie odpowiedzialności na placówkę: skoro objawy widać w szkole, to widocznie jej wina.

Szkolni specjaliści często słyszą od rodziców: „W domu on lub ona tak się nie zachowuje”. Czasem ma to na celu odwrócenie uwagi, a czasem wynika z faktu, że zachowań tych nie widać przez całą dobę. To tak nie działa! Nasze zachowanie zależy od kontekstu – to przecież naturalne, że dziecko inaczej funkcjonuje w gronie domowym, a inaczej w szkolnym.

Nie raz podczas konsultacji dla specjalistów słyszałam, że psycholog próbował omówić zalecenia psychiatry, a w odpowiedzi słyszał, że lekarz wystawił zaświadczenie, więc nie należy dyskutować. Wychodzi więc na to, że szkolny psycholog nie ma kompetencji, by rozmawiać z rodzicem o braku efektywności leczenia czy nierealnych zaleceniach, ale do ich ślepego wypełniania – poza swoimi formalnymi zadaniami – już tak. I to ma być współpraca?

A w tym wszystkim są dzieci – które same przychodzą po pomoc. Tyle że wsparcie nie zawsze polega na natychmiastowym uruchamianiu zajęć indywidualnych; często kluczowe jest motywowanie ucznia, by w dostosowanych warunkach podejmował wysiłek edukacyjny na poziomie klasy.

Jak to wygląda w praktyce?

Zaczynamy od rozmowy i rozpoznania źródła problemów. Potem wspólnie z dzieckiem planujemy dalsze kroki, pokazując, co możemy zrobić w szkole, a co wymaga działań zewnętrznych – na przykład diagnostyki w poradni psychologiczno-pedagogicznej czy konsultacji psychiatrycznej.

W placówce możemy wdrożyć dostosowania edukacyjne: wydłużenie czasu pracy, zmniejszenie liczby zadań na sprawdzianie, czasową pracę poza klasą (na przykład na zapleczu lub w gabinecie psychologa) czy rezygnację z odpytywania ustnego z konkretnego przedmiotu. Jeśli uczeń na dany moment silnie się stresuje, ograniczamy te bodźce.

To jednak dopiero początek – w tym samym czasie rodzic powinien uruchomić zewnętrzne procesy pomocowe. I o tej konieczności rozmawiamy zarówno z uczniem, jak i z jego opiekunami. To moment, w którym stajemy wobec dwóch źródeł oporu.

Pierwsze to sam uczeń, który mówi: „Nie, nie zgadzam się, wszyscy zobaczą, że jestem inaczej traktowany i uznają mnie za przegrywa” albo „Nie mówcie nic rodzicom”. Wtedy pracujemy nad zmianą tego przekonania, obiecując dyskrecję (na przykład pisanie klasówek w taki sposób, by nikt nieuprawniony o tym nie wiedział). Podkreślamy jednak, że rodzic musi zostać poinformowany, ponieważ to on wyraża zgodę na pozaszkolną pomoc. Kiedy uczeń widzi, że działania są realizowane dyskretnie, lęk przed dostosowaniami zazwyczaj mija.

Ale podkreślę jeszcze raz: to, co możliwe do zrealizowania w szkole, nie przyniesie efektów bez zewnętrznej diagnostyki. Jeśli uczeń przeżywa silny stres podczas odpowiedzi ustnej, to najczęściej nie dlatego, że w placówce panuje toksyczna atmosfera, lecz dlatego, że reaguje lękiem na naturalne bodźce przestrzenne. W szkole nie zaopiekujemy się tym inaczej niż dostosowaniem warunków, natomiast praca przy zaburzeniach lękowych to domena zewnętrznego psychoterapeuty i psychiatry. Do tego potrzebne są działania rodzica. I tu pojawia się drugie źródło oporu.

Co można wtedy zrobić?

Pierwszy opór u rodzica pojawia się, gdy słyszy on o dziecku coś, czego się nie spodziewał – często dlatego, że z nim nie rozmawia i nie potrafi budować relacji opartej na zaufaniu. Opiekunów nikt tego nie nauczył, dlatego szkolny specjalista rozwija ich kompetencje komunikacyjne. Za kryzysami młodych ludzi stoi bowiem bariera w domu – poczucie, że są niesłuchani i nierozumiani, co przekłada się na problemy w szkole. Podpowiadamy rodzicom, na co zwracać uwagę i jak wspierać dziecko bez presji.

Aby móc powiedzieć, że odnieśliśmy sukces i problemy ucznia minęły, musimy usiąść przy wspólnym stole. Psycholog, pedagog, wychowawca, rodzice, psychoterapeuta i psychiatra – jesteśmy jak elementy układanki. Samo przebywanie obok siebie niczego nie tworzy – prawdziwa współpraca zaczyna się wtedy, gdy wszystkie puzzle położymy na stole i razem spróbujemy je ułożyć.

Przeczytaj także: „Mądry rodzic po antyszczepionkowej szkodzie?” „Nie można zaniedbywać badania wzroku u niemowląt i małych dzieci”.

Menedzer Zdrowia facebook

Działy: Aktualności w Menedżer Zdrowia Wywiady Aktualności
Tagi: dziecko dzieci szkoła psycholog szkolny zdrowie psychiczne kryzys psychiczny psychiatria dzieci i młodzieży pomoc psychologiczno-pedagogiczna Lucyna Kicińska Krzysztof Ostaszewski