Dzień dobry
Dołącz do nas w mediach społecznościowych:
Udostępnij
Autor: Andrzej Wojtyła

Były minister reformuje

Kancelaria Senatu Rzeczypospolitej Polskiej

W „Menedżerze Zdrowia” publikujemy tekst prof. dr. hab. n. med. i n. o zdr. Andrzeja Wojtyły – byłego ministra zdrowia i opieki społecznej w rządzie Hanny Suchockiej w latach 1992–1993, byłego wiceministra zdrowia w gabinecie prof. Zbigniewa Religi w latach 2005–2006, byłego głównego inspektora sanitarnego oraz byłego posła na Sejm i senatora RP, od 2018 roku rektora Uniwersytetu Kaliskiego.

  • W ocenie eksperta system ochrony zdrowia w Polsce winien być nastawiony na holistyczną opiekę nad pacjentem, co wynika z aktualnej sytuacji epidemiologicznej i demograficznej
  • – Reformując system ochrony zdrowia, powinniśmy czerpać wzory z krajów, które już tego dokonały – komentuje dla „Menedżera Zdrowia” prof. Andrzej Wojtyła
  • Jego zdaniem pilnym priorytetem powinno być m.in. zahamowanie absurdalnych zjawisk dotyczących kadry medycznej i zasobów materialnych, w tym powstrzymanie likwidacji łóżek szpitalnych na terenach prowincjonalnych
  • Jak zreformować system ochrony zdrowia w Polsce, by działał efektywnie? Poniżej wnikliwa analiza byłego ministra zdrowia

Ochrona zdrowia w Polsce wymaga pilnych reform systemowych

W mediach w Polsce nagłaśniane są afery związane z fatalnym funkcjonowaniem systemu ochrony zdrowia. Pani minister zdrowia przedstawiła, za apelem premiera, pakiet zmian, które mają uzdrowić kryzys w tym sektorze gospodarki. Polegają one na: ograniczeniu płac lekarzy, ograniczeniu łączenia zatrudnienia w wielu miejscach, wdrożeniu przejrzystych zasad zawierania umów czy stworzeniu e-kolejek na zabiegi.

Są to jednak dotychczas działania doraźne, nierozwiązujące prawdziwych problemów funkcjonowania ochrony zdrowia w Polsce, a nawet projektowane rozwiązania te problemy zdają się pogarszać. Pierwszym z brzegu przykładem jest proponowana nowelizacja ustawy o świadczeniach opieki zdrowotnej, nakładająca obowiązek minimalnego, przynajmniej półetatowego zatrudnienia lekarza w jednym miejscu pracy. Taki obowiązek doprowadzi do zaburzenia ciągłości udzielania świadczeń w szpitalach, zwłaszcza powiatowych. Liczba zatrudnionych w takich szpitalach lekarzy, zwłaszcza na oddziałach wewnętrznych i pediatrycznych, jest zbyt mała, by zabezpieczyć całodobową opiekę nad pacjentem w formie dyżurów szpitalnych. Placówki te posiłkują się zazwyczaj lekarzami internistami i pediatrami pracującymi w okolicznych placówkach opieki ambulatoryjnej, zwłaszcza medycyny rodzinnej, a także w poradniach specjalistycznych. Jest to korzystny aspekt funkcjonowania ochrony zdrowia w Polsce na tym poziomie organizacyjnym, ponieważ stanowi jedyny, choć daleko niewystarczający element integracji i koordynacji opieki nad pacjentem. Proponowane w rozporządzeniu rozwiązania uniemożliwią również pracę na dyżurach lekarskich na oddziałach lekarzom, nawet z tytułami naukowymi, zatrudnionym w okolicznych wyższych uczelniach, czego przykładem jest autor niniejszej publikacji.

Postulowane rozwiązania zmuszą kierowników placówek do łączenia dyżurów lekarskich na dwóch lub więcej oddziałach przez jednego dyżurującego lekarza, co czasami obecnie w niektórych szpitalach już się praktykuje z powodu deficytów lekarzy na prowincji Polski. Autor niniejszej publikacji rozpoczynał pracę w latach 80. ubiegłego stulecia, jako młody lekarz w 200-łóżkowym powiatowym szpitalu – gdzie dyżur sprawował po południu i w nocy jedynie jeden lekarz dyżurny (z powodu braku lekarzy) – i pamięta nawet przypadki śmierci pacjentów, którym nie można było na czas udzielić pomocy z powodu nawału pracy na dyżurze. Były to traumatyczne doświadczenia młodego lekarza. Czy chcemy wracać do tamtych czasów.? Rozwiązania wprowadzanie ad hoc, bez analizy sytuacji w zakresie struktury schorzeń i chorób występujących w populacji, mogą być co najwyżej rozwiązaniami prowizorycznymi, służącymi doraźnym celom politycznym, które wcześniej czy później się zemszczą. Sytuacja ochrony zdrowia w Polsce jest bowiem daleko bardziej skomplikowana.

Źródła problemów w funkcjonowaniu ochrony zdrowia w Polsce

Efektywnie funkcjonująca organizacja ochrony zdrowia musi być dostosowana do aktualnej fazy tzw. transformacji epidemiologicznej, która implikowana jest rozwojem gospodarczo-społecznym i demograficznym populacji. Ludzkość w swojej historii przechodziła kolejne fazy rozwoju gospodarczo-społecznego z następowymi zmianami struktury chorób i schorzeń w populacji (tzw. fazami transformacji epidemiologicznej). Pierwsza faza zwana „epoką zarazy i głodu”, z wysoką śmiertelnością z powodu epidemii chorób zakaźnych, charakteryzowała się niską długością życia (30–40 lat). Faza ta w krajach rozwiniętych zakończyła się po II wojnie światowej, zaś w Polsce 40–50 lat później.

Druga transformacja epidemiologiczna, zwana „erą ustępujących pandemii”, charakteryzowała się ustępowaniem epidemii i wzrostem długości życia z 30 do 50 lat. Pojawiały się ponadto nowe zagrożenia, tzw. środowiskowe, jako następstwa rozwoju przemysłu i rosnącej gęstości zaludnienia, głównie w miastach. Ten etap transformacji trwał mniej więcej do lat 50. XX wieku w krajach zachodnich, zaś w Polsce zakończył się dwie dekady później. W Polsce obserwowano skrócenie trwania tego etapu, czemu sprzyjał scentralizowany system opieki zdrowotnej, obowiązkowe szczepienia oraz poprawa warunków sanitarnych. Skutkiem tego długość życia w Polsce, w latach 60.–70. XX wieku prawie wyrównała się z długością życia w Niemczech. Jest to przykład dostosowania organizacji ochrony zdrowia do panującej fazy transformacji epidemiologicznej. System scentralizowany okazał się jednak nieskuteczny w następnej, tzw. trzeciej transformacji epidemiologicznej, nazywanej „epoką chorób degeneracyjnych i antropogenicznych”, gdy choroby zakaźne zastąpione zostały chorobami powodowanymi czynnikami środowiskowymi, takimi jak: nowotwory i choroby serca, występujące pojedynczo u pacjentów. Długość życia na tym etapie wzrosła do ponad 75 lat na początku XXI wieku w krajach rozwiniętych. W Polsce od lat 60.–70. XX wieku obserwowano tzw. katastrofę zdrowotną, gdzie wskaźniki zdrowotne zaczęły odstawać od panujących na Zachodzie. Podczas gdy tamte kraje z połową XX wieku weszły w trzecią fazę transformacji epidemiologicznej, Polska pozostała w tyle. W Polsce ten etap transformacji rozpoczął się dopiero w połowie lat 90. XX wieku (Rewolucja „Solidarności”), a nabrał dynamiki po wejściu do Unii Europejskiej w 2004 roku, czyli 40–50 lat później.

Zasadnicze reformy systemu ochrony zdrowia w Polsce przeprowadzono w latach 90. XX wieku, czyli 30 lat temu

Lata 90. XX wieku to okres reform zdrowotnych systemu ochrony zdrowia w Polsce, które miały dostosować go do wymogów ówczesnej trzeciej fazy transformacji epidemiologicznej. Wówczas stworzony system doprowadził do wydłużenia długości życia populacji Polski o prawie 7–8 lat – odpowiednio, w przypadku kobiet i mężczyzn – w roku 2016, co znów zbliżyło nas do krajów UE. Od tego czasu (ok. 3 lat przed pandemią COVID-19) wskaźniki długości życia w naszym kraju ulegały powolnemu skracaniu, z nasileniem w okresie pandemii. Jest to skutkiem braku komplementarności systemu organizacji ochrony zdrowia z fazą transformacji epidemiologicznej.

Od końca lat 90. XX wieku bowiem populacja Polski dynamicznie, w zaskakująco krótkim czasie, przeszła przez kolejne fazy transformacji. Najpierw fazę czwartą – „malejącej śmiertelności z powodu chorób przewlekłych”, co było wynikiem skutecznego ich leczenia i profilaktyki, a potem weszła z początkiem drugiej dekady XXI wieku w fazę piątą – „ponownego pojawienia się chorób zakaźnych przy dominującej wielochorobowości”, czyli występowania wielu chorób u pojedynczego pacjenta jednocześnie. Było to następstwem dynamicznego i niespotykanego na świecie rozwoju gospodarczego Polski. Doszło do wydłużenia długości życia, co skutkowało zwiększeniem liczby osób starszych o obniżonej odporności na zakażenia. Efekty pandemii covidowej w Polsce są dowodem na niedostosowanie systemu ochrony zdrowia do aktualnej fazy transformacji epidemiologicznej – praktycznie nie był on reformowany od lat 90. XX wieku.

W Polsce zanotowano jeden z najwyższych na świecie wskaźników nadmiarowych zgonów w okresie pandemii covidowej

Celem walki z pandemią w Polsce wprowadzono wiele obostrzeń w funkcjonowaniu społeczeństwa oraz przeorganizowano np. stadiony sportowe w celu możliwości leczenia pacjentów dotkniętych COVID-19, co skutkowało ogromnymi kosztami, natomiast np. w Szwecji nie stosowano prawie żadnych restrykcji. Jeśli porównamy zaś liczbę nadmiarowych zgonów w okresie pandemii, to w Szwecji zmarło 10 razy mniej ludności niż w Polsce (w Szwecji 661 zgonów na 100 000 ludności, a w Polsce 6094/100 000), mimo że w Szwecji notuje się 4 razy niższy wskaźnik liczby łóżek szpitalnych na każdy 1000 ludności. Tam funkcjonuje 1,7 łóżka ostrego, tzw. „curative beds”, na 1000 mieszkańców, zaś w Polsce 6,4/1000. System szwedzki bowiem został wcześniej przystosowany do aktualnej sytuacji epidemiologicznej i dysponuje dodatkowo 12 łóżkami/1000, przeznaczonymi do leczenia pacjentów z wielochorobowością, tańszymi w utrzymaniu i efektywniejszych w zakresie leczenia tego typu pacjentów. Polska natomiast tkwi historycznie w systemie nastawionym na leczenie pojedynczych chorób.

Popyt generowany przez dostawców usług (supply-induced demand)

Rynek usług zdrowotnych odbiega od prostych zasad obowiązujących w ekonomii. Charakteryzuje się bowiem zasadą – podaż indukuje popyt na usługi (supply-induced demand), co oznacza, że większa ilość zasobów ochrony zdrowia – ludzkich (np. lekarzy) czy materialnych (np. łóżek szpitalnych) – zwiększa popyt na świadczenia zdrowotne, niezależnie od tego, czy te usługi są koniecznie potrzebne pacjentowi.

To prowadzi, np. w przypadku przewagi lekarzy określonych specjalności na rynku, do generowania popytu na ich usługi. Dlatego też konieczne jest regulowanie podaży zasobów ochrony zdrowia, w tym lekarzy poszczególnych specjalności, by liczba usług, które ci specjaliści generują, nie przekraczała faktycznych potrzeb zdrowotnych ludności.

Absurdy organizacyjne w Polsce w zakresie kadr medycznych

Nieuwzględnianie tej zasady ekonomicznej w organizacji polskiej ochrony zdrowia doprowadziło do wielu absurdów. Np. liczba praktykujących okulistów na 100 000 mieszkańców przewyższa 2,5–3-krotnie wskaźniki występujące w krajach europejskich. Natomiast tylko 30 proc. praktykujących okulistów wykonuje czynności związane z leczeniem aparatu wzroku (a jest to specjalizacja zabiegowa), pozostali zaś zajmują się badaniem wzroku, co winni wykonywać optometryści, którzy są w Polsce przecież kształceni. W Polsce praktykuje również np. ponad 3200 dermatologów, z których tylko 800 faktycznie wykonuje swój zawód. Pozostali wykonują czynności, które winni wykonywać kosmetolodzy, także u nas kształceni. Ich edukacja jest tańsza niż kształcenie lekarzy.

Następny absurd dotyczy kształcenia podyplomowego lekarzy w systemie tzw. rezydentur finansowanych przez państwo. Obecnie notujemy najniższą w historii Polski liczbę urodzeń rocznie. Zaś na liście tzw. specjalizacji priorytetowych figurują specjalizacje z pediatrii i neonatologii, a lekarze kształcący się w nich otrzymują wyższe wynagrodzenie. Przy tak niskim wskaźniku urodzeń lekarze ci nie mogą liczyć w przyszłości na zatrudnienie. W Polsce, w latach 80.–90. ubiegłego stulecia, mieliśmy do czynienia z podobną sytuacją. W tamtym czasie notowano liczbę urodzeń powyżej 750 000 rocznie. W obliczu braku pediatrów rząd nakazowo kierował lekarzy po studiach na szkolenia specjalizacyjne z tej dziedziny. Po zakończeniu szkolenia specjalizacyjnego nastąpił spadek urodzeń po roku 1990 (nie tak drastyczny jak dziś) i zapotrzebowanie na pediatrów spadło. Wówczas przesunięto tych specjalistów do pracy, w tworzącym się systemie lekarza rodzinnego, poprzez zastosowanie tzw. krótkiej ścieżki ich dokształcenia. Wzorem tamtych doświadczeń za kilka lat z nadmiarem pediatrów można będzie wykonać podobny manewr. Kwalifikacje fachowe zaś kształconych neonatologów odbiegają znacznie od wymaganych w medycynie rodzinnej. W dodatku nie wygenerują oni popytu na swoje usługi, bo jest on limitowany liczbą noworodków.

W Polsce funkcjonuje nadmierna liczba dostępnych łóżek szpitalnych w stosunku do potrzeb

W naszym kraju liczba łóżek szpitalnych, w większości przeznaczonych do tzw. ostrych hospitalizacji (ancurative beds) przekracza o ponad 50 proc. średnią liczbę przypadającą na 1000 mieszkańców w krajach europejskich. Wskaźnik ten wynosi dla Polski 6,4 łóżka na 1000 mieszkańców – to znacznie więcej niż średnia UE-27 (4,3 na 1000). Kraje zaś charakteryzujące się najlepszymi w Europie wskaźnikami zdrowotnymi, takie jak kraje nordyckie czy np. Hiszpania, posiadają wskaźnik łóżek szpitalnych wynoszący poniżej 3,0 na 1000 mieszkańców. Zaś średnia długość życia np. Holendra przekracza o 3 lata długość życia Polaka. Inna zasada ekonomii zdrowia, zwana prawem Roemera (Roemer's Law), mówi, że „każde wybudowane łóżko szpitalne to zajęte łóżko (a hospital bed built is a bed filled)".

Oznacza to, że podaż łóżek szpitalnych sama napędza popyt na hospitalizacje, bez pozytywnych skutków zdrowotnych, a nawet pogarszając je i narażając pacjentów na zakażenia szpitalne. A tych zakażeń w naszym kraju praktycznie się nie rejestruje. Według ostatniego raportu NIK rejestruje się ich mniej niż 5 proc., a według WHO zgłaszalność tych zakażeń winna oscylować między 10 a 15 proc.

Nierównomierne przestrzennie rozmieszczenie łóżek szpitalnych w Polsce a zjawisko popytu indukowanego przez podaż

W Polsce obserwuje się nierównomierne przestrzennie rozmieszczenie łóżek szpitalnych z preferencją dużych metropolii, gdzie liczba łóżek na 1000 mieszkańców jest wyższa kilkakrotnie niż na prowincji, co utrudnia dostęp do ochrony zdrowia pacjentom z prowincji. W Warszawie, Poznaniu, Wrocławiu, Krakowie czy Łodzi na 1000 mieszkańców przypada średnio 8,0 do 9,0 łóżek/1000, zaś na obszarach poza tymi miastami 2–2,5-krotnie mniej. Poza tym w miastach metropolitarnych łóżka szpitalne mieszczą się głównie w klinikach uniwersyteckich, przeznaczonych do leczenia pojedynczych przypadków/schorzeń (np. kliniki dermatologii, diabetologii, nefrologii, gastroenterologii itd.), a nie do leczenia holistycznego pacjentów chorujących na kilka schorzeń jednocześnie.

To zjawisko pozostaje w sprzeczności z aktualną fazą transformacji epidemiologicznej. W dodatku terapia pojedynczych przypadków w specjalistycznych klinikach skutkuje takimi zjawiskami, jak interakcje między chorobami, interakcje lekowe czy wielolekowość (polipragmazja), co zwiększa koszty leczenia (nawet o 30 proc.), oraz wg doniesień naukowych prowadzić może do skrócenia długości życia pacjentów, nawet o 2–5 lat.

Nierównomierne przestrzennie rozmieszczenie kadr medycznych a zjawisko popytu indukowanego przez podaż

Należy zauważyć, że w Polsce prawie trzy czwarte lekarzy pracuje w dużych miastach uniwersyteckich. Na przykład w takich miastach, jak Poznań, Wrocław, Białystok, Szczecin, wskaźnik lekarzy wynosi od 9,5 do 13 na 1000 mieszkańców, zaś na prowincji Polski nie przekracza 2–2,5 lekarza na 1000 mieszkańców. Np. w Poznaniu na 1000 mieszkańców przypada 12,7 lekarza, zaś na prowincji – w Kępnie, Jarocinie, Ostrzeszowie – wskaźnik ten oscyluje między 1,0 a 1,4 łóżka na 1000 mieszkańców (wszystkie te powiaty dysponują szpitalami). Podobnie np. w Łodzi na 1000 mieszkańców przypada prawie 9 łóżek na 1000 mieszkańców, w Sieradzu 1,6/1000, a w Kutnie 1,4/1000.

Rekomendacje ekspertów powodowane zjawiskiem „podaży indukowanej przez popyt – supply induced demand”

Wadliwie zorganizowana i niedostosowana do aktualnej sytuacji epidemiologicznej struktura organizacyjna ochrony zdrowia – funkcjonująca ponad 30 lat bez koniecznych reform strukturalnych, wynikających z rozwoju gospodarczego Polski – sprawia, że środowiska eksperckie, wywodzące się z przedstawicieli pracujących w specjalistycznych klinikach, konstruują świadomie bądź nie, zalecenia mające na celu jak najpełniejsze wykorzystanie bazy materialnej i ludzkiej, jaką dysponują w akademickich klinikach.

Przykładem są rekomendacje dotyczące leczenia schorzeń z zakresu wąskich specjalności lekarskich (np. nefrologii, diabetologii, reumatologii i innych) jedynie w oddziałach klinicznych, wyspecjalizowanych do leczenia tych schorzeń, gdzie, jak powyżej wspomniano, wskaźniki łóżek szpitalnych i kadry medycznej (głównie lekarzy) kilkakrotnie przekraczają wskaźniki notowane na prowincji Polski. Niestosowanie się zaś przez lekarzy do tych zaleceń zagrożone jest sankcjami dyscyplinarnymi i karnymi. Wykorzystanie łóżek szpitalnych w Polsce, mimo takich zabiegów, wynosi 67,4 proc. w całej Polsce, a wskaźnik ten jest jeszcze niższy w odniesieniu do oddziałów klinicznych. Natomiast zalecenia ekspertów międzynarodowych wskazują, że efektywnym poziomem obłożenia łóżek szpitalnych jest poziom 85 proc., co pozwala na racjonalne ich wykorzystanie, przy jednoczesnym zachowaniu wolnych łóżek dla potrzeb nowych hospitalizacji. Jednak nikt z polityków w Polsce dotychczas nie odważył się na zmniejszenie liczby łóżek w szpitalach klinicznych. Z łatwością zaś likwiduje się łóżka w szpitalach prowincjonalnych.

Dostępność do szpitala (accessibility to hospitals) podstawowym miernikiem oceny jakości opieki nad pacjentem

Tym miernikiem określającym dostępność do szpitala posługuje się Europejski Urząd Statystyczny (Eurostat). Wskaźnik ten określa odsetek ludności poszczególnych krajów Unii Europejskiej zamieszkałej w odległości umożliwiającej dojazd do szpitala w czasie minimum 15 minut. W 2023 r. 83,4 proc. ludności UE spełniało ten standard. W Polsce ten wskaźnik wynosi 59 proc., z ogromnymi różnicami między metropoliami a prowincją. W największych miastach, np. w Poznaniu, 99,4 proc. mieszkańców ma dostęp w tym czasie do szpitala, zaś na prowincji – w powiecie poznańskim 39 proc., a pilskim 40,9 proc. W powiecie sieradzkim wskaźnik ten wynosi 42 proc., zaś w samej Łodzi 100 proc. Dysproporcje te dotyczą także innych regionów Polski. W innych krajach, np. w Szwecji czy Hiszpanii – państwach z trudno dostępnymi terenami – odpowiednio 90 proc. i 83 proc. populacji spełnia ten standard, zaś w Niemczech wskaźnik ten przekracza 90 proc. W tych krajach obserwuje się jednocześnie zdecydowanie korzystniejsze niż w Polsce wskaźniki zdrowotne. To spycha nasz system ochrony zdrowia na europejski margines zacofania. Jednocześnie chełpimy się tym, że jesteśmy 20. gospodarką świata.

Jak zreformować system ochrony zdrowia w Polsce, by działał efektywnie?

System ochrony zdrowia w Polsce winien być – co powyżej wspomniano – nastawiony na holistyczną opiekę nad pojedynczym pacjentem, bo wynika to z aktualnej sytuacji epidemiologicznej. Wymaga to opieki skoordynowanej i zintegrowanej organizacyjnie, a nie jak dotychczas fragmentarycznej terapii poszczególnych przypadków, co skutkuje nieefektywną opieką nad pacjentami, z niekorzystnymi prognozami na przyszłość. Pilnym priorytetem winno być zahamowanie absurdalnych zjawisk dotyczących kadry i zasobów materialnych w służbie zdrowia, o których wspomniano powyżej. Wymagają one jedynie decyzji administracyjnych (np. w zakresie kształcenia kadr oraz wielkości i rozmieszczenia bazy szpitalnej). Należy powstrzymać proces likwidowania łóżek szpitalnych na terenach prowincjonalnych, bo to pogłębia już istniejące nierówności w dostępie do ochrony zdrowia w Polsce.

Reformując system ochrony zdrowia, powinniśmy czerpać wzory z krajów, które już dostosowały go do aktualnej sytuacji epidemiologicznej i demograficznej oraz notują korzystne wskaźniki zdrowotne populacji tam zamieszkałej. A takimi państwami są m.in. kraje nordyckie. W tych krajach reformy polegały na integracji organizacyjnej poszczególnych elementów: opieki podstawowej, specjalistycznej, ambulatoryjnej i lokalnych szpitali, z koordynacją opieki przez lekarzy rodzinnych jako tzw. gatekeeperów (strażników dostępu). W Polsce w latach 90. ubiegłego stulecia taka rola została przydzielona lekarzom w tworzonym wówczas systemie tzw. lekarza rodzinnego. Lekarz ten, wybierany okresowo przez pacjentów, miał być tzw. strażnikiem i koordynatorem dostępu do systemu ochrony zdrowia; w tym do szpitali i lekarzy specjalistów, aptek oraz diagnostyki. Jako tzw. odźwierny dostępu do systemu decydował o sposobie opieki nad swoimi pacjentami i ich leczeniu oraz, w razie potrzeby, kierował ich do specjalistów, w celu konsultacji procesu diagnostycznego i leczniczego, które prowadził, na badania diagnostyczne oraz jedynie on mógł kierować swoich pacjentów do szpitala. System ten, wzorowany na doświadczeniach krajów zachodnich, funkcjonował w Polsce przez krótki czas. Systematycznie idea instytucji lekarza rodzinnego była wypaczana, poprzez pozbawianie jej kolejnych uprawnień. Specjalizacja ta straciła na prestiżu, a dziś – w dobie wielochorobowości – odsetek lekarzy rodzinnych w stosunku do lekarzy innych specjalizacji waha się w Polsce między 10 a 11 proc. W krajach o dobrze funkcjonującym systemie ochrony zdrowia odsetek ten stanowi ponad 30 proc., zaś np. w Portugalii, której populacja charakteryzuje się bardzo dobrymi w skali świata wskaźnikami zdrowotnymi, wynosi 78 proc. W Wielkiej Brytanii natomiast, mimo że lekarze ogólni (GP-General Practitioner) stanowią ponad 30 proc. ogólnej liczby lekarzy, ostatnio wprowadzono zachęty finansowe dla młodych lekarzy po studiach, aby podejmowali kształcenie w tej specjalności, by w krótkim czasie osiągnąć odsetek 50 proc. praktykujących GP w stosunku do ogółu lekarzy. Żeby polski system ochrony zdrowia sprostał takim wyzwaniom, należy podjąć pilne działania administracyjne mające na celu zwiększenie miejsc specjalizacyjnych z medycyny rodzinnej. Należy również – aby umożliwić lekarzom rezydentom (będącym w trakcie realizacji wąskich specjalizacji klinicznych) zmianę specjalizacji na medycynę rodzinną – wprowadzić korekty programów specjalizacji, a także zastosować systemy zachęt finansowych. Takie praktyki stosowano w wielu innych krajach wiele lat temu. W tworzonym systemie ochrony zdrowia lekarz rodzinny powinien mieć zasadnicze i odpowiedzialne miejsce, dlatego też należy skorygować obecny program specjalizacji w tym zakresie, wprowadzając obowiązek odbycia pierwszego, podstawowego modułu na oddziałach szpitalnych: wewnętrznym lub pediatrycznym. Obowiązek 3-letniego stażu w szpitalu istnieje np. w Niemczech.

Pacjent w centrum systemu. Nowy model współpracy lekarza rodzinnego i szpitala

W systemie opieki zintegrowanej i koordynowanej instytucja lekarza rodzinnego musi być wzmocniona pielęgniarkami i położnymi środowiskowymi, pracownikami socjalnymi oraz menadżerem – pielęgniarką, pomagającą pacjentowi i rodzinie w poruszaniu się po systemie oraz pomocy w zakresie m.in. samoleczenia i edukacji zdrowotnej pacjenta. Lekarz rodzinny musi współpracować z najbliższym szpitalem, jednak zreorganizowanym i nastawionym na leczenie pacjentów z wielochorobowością, co polega na zwiększeniu liczby łóżek internistycznych, przeznaczonych dla pacjentów z wieloma chorobami. Musi dysponować również większą liczbą lekarzy internistów, których w krótkim czasie można pozyskać spośród rezydentów kształcących się w innych wąskich specjalnościach, podobnie jak w przypadku lekarzy rodzinnych. Lekarze interniści muszą być podstawowym elementem zespołów koordynacji opieki zarządzających leczeniem pacjenta z wielochorobowością, z udziałem lekarza rodzinnego, eliminując podział na specjalizacje i centralizując opiekę wokół pacjenta. Te interdyscyplinarne zespoły stworzone w ambulatoriach szpitalnych, także z udziałem innych specjalistów, winny przeprowadzać kompleksowe analizy terapeutyczne, w celu konsolidacji rozproszonych metod leczenia, usprawnienia farmakoterapii i stworzenia ujednoliconych planów opieki następczej, kontynuowanej przez lekarza rodzinnego, z okresowymi konsultacjami – przeglądami postępów terapeutycznych przez te zespoły, w tym także współdecydować z lekarzem rodzinnym o konieczności hospitalizacji pacjenta. Obecnie więc szpitale funkcjonujące w powiatach muszą zostać przekształcone w zespoły opieki zintegrowanej i koordynowanej z umowami z instytucjami lekarza rodzinnego, specjalistami innych dyscyplin (w zależności od schorzeń pacjenta) oraz z wyższymi piętrami referencyjnymi organizacji ochrony zdrowia (w tym klinikami), w celu możliwości leczenia trudniejszych przypadków pojedynczych schorzeń i chorób. Tam, gdzie na świecie dostosowano systemy zdrowotne do leczenia pacjentów z wielochorobowością, takie zespoły nazywane są, np. w krajach nordyckich, klastrami leczenia chorób przewlekłych.

Aby sprostać powyższym wymogom, należy podjąć szybkie decyzje formalne w kwestiach, które poruszono powyżej, oraz powołać zespół doświadczonych ekspertów (najlepiej ponad podziałami politycznymi), który przedstawi rozwiązania prawne w zakresie reformy ochrony zdrowia w Polsce. Inne cząstkowe inicjatywy i działania podejmowane pośpiesznie i bez merytorycznego ich przygotowania mogą jedynie pogłębić kryzys w tym sektorze gospodarki, który może doprowadzić do zaprzepaszczenia osiągnięć gospodarczych, jakie Polska osiągnęła w ostatnich latach i którymi słusznie się szczyci. Takie działania, z dużym prawdopodobieństwem, będą skutkować także nieodwracalnym pogarszaniem się stanu zdrowia polskiej populacji na wiele lat do przodu.

Przeczytaj także: „Lekarskie pensje i limity pracy – trudne sprawy”„System ochrony zdrowia da się zmienić bez rewolucji”

Menedzer Zdrowia twitter

Działy: Aktualności w Menedżer Zdrowia Aktualności
Tagi: system ochrony zdrowia reforma systemu lekarz lekarze pacjent pacjenci szpitale placówki medyczne Andrzej Wojtyła