Wyślij
Udostępnij:
 
 
ABM

Diagnostyka chorób płuc niemal stanęła – w tym dotycząca raka płuca

Źródło: Menedżer Zdrowia/KL
Autor: Monika Stelmach |Data: 19.01.2021
 
 
– Podczas pandemii COVID-19 ograniczone jest wykonywanie na przykład spirometrii, a co za tym idzie – rozpoznawanie między innymi przewlekłej obturacyjnej choroby płuc. Pacjenci kiedyś zgłoszą się do lekarza, ale już z bardziej zaawansowaną chorobą – mówi prof. Paweł Śliwiński, prezes Polskiego Towarzystwa Chorób Płuc, w „Menedżerze Zdrowia”.
Komentarz prof. Pawła Śliwińskiego, kierownika II Kliniki Chorób Płuc Instytutu Gruźlicy i Chorób Płuc w Warszawie, prezesa Polskiego Towarzystwa Chorób Płuc:
– Pandemia bez wątpienia rozregulowała działanie pneumonologii i systemu ochrony zdrowia w całości. Główny akcent położono na leczenie zakażeń wirusem SARS-CoV-2. Diagnostyka chorób płuc niemal stanęła w miejscu, w tym również diagnostyka raka płuca – ograniczone jest wykonywanie na przykład spirometrii, a co za tym idzie – rozpoznawanie między innymi przewlekłej obturacyjnej choroby płuc. Ci pacjenci kiedyś zgłoszą się do lekarza, ale już z bardziej zaawansowaną chorobą.

Pamiętajmy też, że nawet jeśli pandemię uda się opanować, to pojawi się nowa grupa pacjentów z powikłaniami po przechorowaniu COVID-19, prawdopodobnie wymagających przewlekłej terapii. COVID-19 ma krótką historię, więc jeszcze nie dysponujemy wiedzą na temat potencjalnych powikłań odległych tej choroby. Ale wiemy przecież, że każde zapalenie płuc – czy to bakteryjne, czy wirusowe – może pozostawić po sobie zmiany włókniste w miąższu płuc. Rozległe zmiany mogą prowadzić do rozwoju przewlekłej niewydolności oddychania. Coraz powszechniejszą praktyką radiologów staje się procentowe opisywanie zajętego miąższu płucnego w przebiegu COVID-19. Są pacjenci, u których ten odsetek sięga 80–90 proc. Ta grupa w ostrym okresie choroby wymaga tlenoterapii, wspomagania wentylacji metodą nieinwazyjną lub też intubacji. Prawdopodobnie u wielu z tych pacjentów rozwinie się przewlekła niewydolność oddychania i będą musieli być objęci opieką ośrodków domowego leczenia tlenem, a być może z czasem będą wymagali nieinwazyjnej wentylacji mechanicznej, którą od kilku lat możemy zaoferować również w warunkach domowych. Mówimy tutaj o płucach, które w przebiegu COVID-19 są pierwszym i najczęściej atakowanym narządem, ale pamiętajmy, że nie jedynym. U wielu chorych dochodzi także do niewydolności serca czy nerek. Dzisiaj możemy już powiedzieć, że COVID-19 to choroba wielonarządowa. Proces zapalny rozlewa się na cały organizm i zajmuje różne narządy. Coraz więcej obserwacji wskazuje, że wirus może też powodować zmiany neurologiczne.

Trudno jednoznacznie powiedzieć, w jaki sposób system ochrony zdrowia poradzi sobie z napływem tak dużej liczby pacjentów. Jeszcze przed epidemią były spore problemy z dostaniem się do specjalistów.
Prawdopodobnie sobie nie poradzi i część pacjentów, którym można by pomóc, będziemy tracili. Ta tendencja jest widoczna już dzisiaj. Statystyki są nieubłagane – mamy kilkudziesięcioprocentowy wzrost liczby zgonów w ostatnich miesiącach w porównaniu z tym samym okresem ubiegłego roku. Z jednej strony są to pacjenci z COVID-19, a z drugiej także z innymi chorobami – zaniedbanymi i nieleczonymi w ostatnim okresie.

Głównym problemem polskiego systemu ochrony zdrowia są braki personelu medycznego. Część poradni specjalistycznych i oddziałów szpitalnych mogłaby przyjmować więcej pacjentów, ale nie ma możliwości kadrowych. Według OECD w Polsce liczba praktykujących lekarzy na 1000 mieszkańców wynosi 2,4, co jest najniższym wskaźnikiem wśród krajów Unii Europejskiej. Możemy przyjąć, że po opanowaniu pandemii odzyskamy zdolności kadrowe sprzed marca ubiegłego roku, ale na kolejki sprzed pandemii nałoży się nowa rzesza chorych z problemami pocovidowymi. Dlatego należy szybko szukać rozwiązań, które pozwolą zasilić kadry medyczne, mając na uwadze, że wykształcenie lekarza trwa co najmniej 10 lat. Dzisiaj boleśnie odczuwamy wieloletnie zaniedbania w tym obszarze. Sytuacja jest patowa. Kolejne rządy niewiele zrobiły, żeby lekarze nie opuszczali kraju. Znam wielu specjalistów, którzy wyjechali do pracy za granicę nie tylko ze względów finansowych, lecz także z powodu złych warunków pracy w Polsce – stare, nieremontowane budynki, nieodpowiednio wyposażone oddziały, nadmiar chorych przypadających na lekarza. Epidemia ten stan tylko uwydatniła.

Problemy kadrowe są w polskim systemie ochrony zdrowia palącym tematem, ale przecież wymaga on reform na wielu poziomach. Nie możemy go dłużej łatać, wykonując prowizoryczne ruchy, ponieważ doprowadzi to do katastrofy zdrowotnej.

Komentarz opublikowano w „Menedżerze Zdrowia” 11-12/2020. Czasopismo można zamówić na stronie: www.termedia.pl/mz/prenumerata.

Przeczytaj także: „Bartłomiej Chmielowiec o pacjentach bez COVID-19”, „Kłopoty onkologii w czasie pandemii”, „Piotr Warczyński o pocovidowej rzeczywistości” i „Ofiary poboczne”.

Zachęcamy do polubienia profilu „Menedżera Zdrowia” na Facebooku: www.facebook.com/MenedzerZdrowia i obserwowania kont na Twitterze i LinkedInie: www.twitter.com/MenedzerZdrowia i www.linkedin.com/MenedzerZdrowia.
 
© 2021 Termedia Sp. z o.o. All rights reserved.
Developed by Bentus.
PayU - płatności internetowe