Wyślij
Udostępnij:
 
 
Konstanty Radziwiłł w wyborach do samorządu nie zagłosowałby na Łukasza Jankowskiego
 
Działy: Aktualności
- Gdybym był delegatem Okręgowego Zjazdu Lekarzy, oddałbym głos na lekarza, który ma doświadczenie. Wyniki są zaskakujące. Wydaje mi się, że lekarz, który jest w zawodzie od czterech lat, mógłby poczekać z objęciem tak eksponowanego stanowiska - przyznał Konstanty Radziwiłł. Były minister zdrowia odpowiedział też na pytania, czy resortowa wypłata była satysfakcjonująca, ile powinni zarabiać rezydenci i... czy czuje się zdrajcą.
Z kim, podczas pracy w Ministerstwie Zdrowia, rozmawiało się panu dobrze, a z kim rozmowy i negocjacje mogły wyglądać lepiej?
- Bardzo dobrze współpracowało mi się z innymi ministrami, premier Beata Szydło była świetną szefową. Zdecydowanie czuje sprawy społeczne. Gdyby nie „parasol” nad ochroną zdrowia, to na pewno tylu rzeczy nie udałoby mi się zrobić. Także ministrowie finansów – Paweł Szałamacha, a potem Mateusz Morawiecki, mimo że najczęściej prosiłem ich o dodatkowe pieniądze, wykazywali daleko idące zrozumienie dla prezentowanych przeze mnie spraw.

Panie ministrze, a rezydenci?
- Fakt, nie współpracowało mi się z nimi najlepiej. Wie pan, to jest ciekawa sprawa. W dwa lub trzy dni przed rozpoczęciem protestu głodowego spotkałem się z przedstawicielami Porozumienia Rezydentów. Wydawało się, że to było dobre spotkanie. Żądali więcej pieniędzy, ale długą listę innych spraw, których oczekiwali, mieliśmy „dogapowinnodaną”.

To dlaczego zaprotestowali?
- Nie umiem odpowiedzieć na to pytanie. Myślę, że w jakimś sensie odpowiadają za to ci młodzi lekarze, którzy startują w wyborach do samorządu lekarskiego. Być może nie chodziło o to, żeby sprawę załatwić od razu, szybko, ale żeby ją przeciągnąć.

Ile zarabiali wtedy rezydenci?
- W zależności od specjalności i roku specjalizacji od kilkuset do 1200 zł mniej niż na koniec mojego urzędowania.

Spytam wprost – czy w momencie, kiedy rezydenci zaczęli protestować, ich wynagrodzenia, pana zdaniem, były odpowiednie, rozsądne albo wystarczające? Jak by to pan określił?
- Przede wszystkim, jeżeli mówimy o jesieni ubiegłego roku, to wówczas weszły w życie przepisy ustawy o kształtowaniu minimalnych wynagrodzeń pracowników medycznych, która dawała podstawy do podwyżek. Jednocześnie było przygotowywane rozporządzenie ministra zdrowia, które reguluje wynagrodzenie rezydentów, i w tym rozporządzeniu, które weszło w życie, były znaczące podwyżki dla lekarzy rezydentów. W niektórych przypadkach o ponad 1200 zł miesięcznie. Czy to są pieniądze wystarczające? To zależy, do czego to odnosić. Jeżeli porównujemy zarobki polskich lekarzy, zwłaszcza te „gołe” – etatowe, z zarobkami na przykład w Europie Zachodniej, to są one wielokrotnie niższe i nie ma co do tego żadnych wątpliwości. Z drugiej strony, można powiedzieć, że zarobki innych pracowników też są znacznie niższe niż w tych krajach. Oceniając sytuację materialną lekarzy, nie można nie dostrzegać tego, że w przeciwieństwie do bardzo wielu innych młodych ludzi mają oni praktycznie nieograniczone możliwości dorabiania. Oczywiście powinno ono mieć swoje granice. Przede wszystkim granice rozsądku, żeby się „nie zamęczyć”. Ale z drugiej strony powtórzę coś, co już kiedyś powiedziałem: wydaje mi się, że nauczenie się medycyny w ciągu ośmiu godzin dziennie nie jest możliwe. Nabycie doświadczenia lekarskiego to także gotowość do pracy w warunkach zmęczenia. Tak przygotowywali się do wykonywania zawodu wszyscy lekarze, których znam, ja też. Myślę, że to jest cenne doświadczenie.

Jakiś czas temu rozmawiałem z wiceministrem Warczyńskim o jego odejściu z resortu. Powiedział, że jedną z przyczyn było to, że wynagrodzenie go nie satysfakcjonowało i było niewspółmierne do zaangażowania, doświadczenia i wiedzy. Jak było u pana?
- Odpowiem inaczej. Wszyscy z kierownictwa resortu u swoich poprzednich pracodawców zarabiali więcej. To poważny problem dotyczący pozyskiwania ludzi o wysokich kwalifikacjach do służby publicznej. Nie chcę stawiać kropek, raczej znaki zapytania, ale nad tym jako społeczeństwo powinniśmy się głęboko zastanawiać. Faktem jest, że ludzie nawet w służbie zdrowia zarabiają naprawdę nieźle. Oczywiście można powiedzieć, że polityka nie powinna być miejscem „zbijania kokosów”. Jednak nie powinna też się wiązać z jakimś daleko idącym wyrzeczeniem się poziomu życia, na którym funkcjonowało się wcześniej. To jest poważny problem, nie tylko w Ministerstwie Zdrowia. Odpowiadając wprost na pana pytanie: nie przyszedłem do Ministerstwa Zdrowia, żeby się dorobić, i podjąłbym tę pracę pewnie nawet za mniejszą pensję.

Jakie było pana wynagrodzenie? Bo wiceministrów około 7000 złotych.
- To było ok. 9000–10 000 zł „na rękę”.

Czy dla pana wynagrodzenie ministra było satysfakcjonujące?
- Jestem człowiekiem, który nie przywiązuje do wynagrodzenia wielkiej wagi. Nie dlatego, że zawsze opływałem w pieniądze, ale odwrotnie. Mamy ośmioro dzieci. Może pan sobie wyobrazić, że ja naprawdę musiałem ciężko pracować przez całe życie, żeby związać koniec z końcem. Jeżeli pan pyta, czy wynagrodzenie jest wystarczające, to odpowiem wprost – jest wystarczające. Czy jest odpowiednie do wymaganych kwalifikacji, odpowiedzialności i oczekiwanego nakładu pracy – to pozostawię bez odpowiedzi.

Wracając do samorządu lekarskiego – w Warszawie wygrał Łukasz Jankowski, jeden z negocjatorów i protestujących. Jak pan to ocenia?
- Gdybym był delegatem Okręgowego Zjazdu Lekarzy, oddałbym głos na lekarza, który ma doświadczenie. Wyniki są zaskakujące. Wydaje mi się, że lekarz, który jest w zawodzie od czterech lat, mógłby poczekać z objęciem tak odpowiedzialnego i eksponowanego stanowiska.

Jednak delegaci wybrali pana Jankowskiego.
- Cóż, wybrali…

To pokazuje chęć zmiany.
- Młodzi lekarze zmobilizowali się do walki wyborczej. Samą mobilizację oceniam pozytywnie. Samorząd lekarski powinien być zasilany również młodymi pokoleniami, ale wydaje mi się, że tak eksponowane stanowisko w izbie powinni zajmować przede wszystkim lekarze z większym doświadczeniem. Cóż, demokracja ma swoje prawa.

Między innymi prawo do wyrażania niezadowolenia. W sieci część rezydentów z tego korzysta i określa pana jako… zdrajcę. Co by pan takim osobom powiedział?
- Że nie jestem zdrajcą. Mam wrażenie, że coraz więcej osób ma łatwość publicznego formułowania obelg i nie próbuje miarkować swoich wypowiedzi. Tego typu zarzutom towarzyszy przekonanie, że sprzeniewierzyłem się swoim zasadom i poglądom. Z ręką na sercu mogę zapewnić, że działalność w samorządzie lekarskim traktuję jako coś niezwykle ważnego w moim życiu. Ale – trzeba powiedzieć otwarcie – samorząd lekarski to nie jest organizacja, którą państwo powołało, aby domagała się realizacji praw lekarzy. To organizacja publicznoprawna, która istnieje, aby reprezentując lekarzy i lekarzy dentystów, zapewnić sprawowanie pieczy nad należytym wykonywaniem ich zawodów w granicach interesu publicznego i dla jego ochrony. Samorząd lekarski to nie związek zawodowy. I osobiście nigdy związkowcem nie byłem. Oczywistym zadaniem ministra zdrowia jest dbanie o zdrowie Polaków i prawidłowe funkcjonowanie systemu służby zdrowia. Obejmując urząd ministra zdrowia, przysięgałem, że dochowam wierności postanowieniom Konstytucji i innym prawom Rzeczypospolitej Polskiej, a dobro ojczyzny oraz pomyślność obywateli będą dla mnie zawsze najwyższym nakazem. Jako minister ze wszystkich sił starałem się wypełnić te słowa. Jako lekarz pamiętam o tym, że najwyższym prawem winno być dla mnie dobro chorego. Niestety wydaje się, że ci, którzy nazywają mnie zdrajcą, chcieli, żebym był ministrem-związkowcem, który będzie walczył o podwyżki dla lekarzy. Pomylili się.

Przeczytaj także: "Radziwiłł: Dymisja? Cóż, taka jest polityka. Jestem zadowolony z tego, co zrobiłem jako minister" i "Jankowski: Jestem młodym lekarzem, który został prezesem po to, żeby usprawnić samorząd lekarski".

Zachęcamy do polubienia profilu "Menedżera Zdrowia" na Facebooku: www.facebook.com/MenedzerZdrowia i obserwowania konta na Twitterze: www.twitter.com/MenedzerZdrowia.
 
© 2018 Termedia Sp. z o.o. All rights reserved.
Developed by Bentus.
PayU - płatności internetowe