Lex na pokaz
EPA/Ezra Acayan
Politycy spierają się o nową ustawę wymierzoną w pseudomedycynę, ale – jak twierdzi Michał Modro – to tworzenie prawa na pokaz. Polskie kodeksy już dają możliwość skutecznego ścigania medycznych oszustów. Zamiast pisać kolejne paragrafy, państwo powinno zacząć sprawnie korzystać z tych narzędzi, które od lat ma w swoich rękach.
- Spór o „Lex szarlatan” to polityczna zasłona dymna. Zamiast tworzyć nowe przepisy, państwo powinno wykorzystać te, które już ma – na przykład milionowe kary z urzędu za fałszywe obietnice lecznicze
- Śledczy popełniają podstawowy błąd – zamiast latami dowodzić uszczerbku na zdrowiu pacjenta, powinni skupić się na tym, że pseudomedycy nie mają uprawnień do pomocy
- Rezygnacja z konwencjonalnego leczenia na rzecz niesprawdzonych metod kosztuje nas setki milionów złotych. Granica interwencji państwa nie powinna jednak biec między medycyną a alternatywą, lecz między prawem do poglądów a perfidnym wyłudzeniem
- O tym wszystkim w „Menedżerze Zdrowia” mówi radca prawny Michał Modro
Ustawa nazywana potocznie „Lex szarlatan”, czyli rządowy projekt ustawy o zmianie ustawy o prawach pacjenta i Rzeczniku Praw Pacjenta, utknęła w Trybunale Konstytucyjnym. 20 sierpnia prezydent Karol Nawrocki zdecydował o skierowaniu regulacji w trybie kontroli prewencyjnej – informowaliśmy o tym w tekście „«Lex szarlatan» do Trybunału Konstytucyjnego”.
Potem prezydent zaproponował wprowadzenie do Kodeksu karnego nowego przestępstwa dotyczącego pseudomedycyny – w swoim projekcie ustawy o zmianie ustawy – Kodeks karny oraz ustawy o prawach pacjenta i Rzeczniku Praw Pacjenta.
Polityczno-prawny spór o przepisy może potrwać miesiące. Potwierdził to marszałek Sejmu Włodzimierz Czarzasty, który 2 września poinformował, że prezydencki projekt ustawy został skierowany do opiniowania.
Problem w tym, że pacjenci narażeni na oszustwa i pozorne terapie nie mogą czekać.
Jak przyznaje w rozmowie z „Menedżerem Zdrowia” radca prawny Michał Modro, polskie ustawodawstwo już pozwala skutecznie reagować na większość tego rodzaju praktyk.
– Rozmowy o „Lex szarlatan” zostały sprowadzone do pytania, czy państwo powinno zdecydowanie przeciwdziałać pseudomedycynie, czy raczej chronić wolność działalności gospodarczej i wypowiedzi. W mojej ocenie to źle postawiona alternatywa – twierdzi ekspert, podkreślając, że ochrona chorych przed fałszywymi obietnicami to uzasadniony cel państwa. Zastrzega jednak, że kłopoty zaczynają się wtedy, gdy władza sięga po instrumenty nadmierne, nieprecyzyjne lub powielające obowiązujące już rozwiązania.
Dwa modele, ten sam problem
Obecnie na stole leżą dwa zupełnie różne pomysły na powstrzymanie pseudomedycyny. Ustawa z 31 lipca 2026 r. opiera się na modelu administracyjnym, przyznającym Rzecznikowi Praw Pacjenta (RPP)duże uprawnienia – od wydawania decyzji tymczasowych i publicznych ostrzeżeń, po nakładanie wysokich kar i blokowanie domen internetowych. Z kolei model prezydencki skupia się na odpowiedzialności karnej (proponowany art. 160a Kodeksu karnego).
To nie jest spór o to, czy w ogóle ścigać szarlatanerię, lecz o reżim odpowiedzialności. Według Michała Modry wariant administracyjny działa szybciej, natomiast karny gwarantuje obywatelom mocniejsze prawa procesowe, choć wymaga trudniejszego postępowania dowodowego. Żaden z projektów nie dotyka jednak sedna problemu.
– Jeśli przedsiębiorca twierdzi, że jego produkt leczy chorobę, chociaż w rzeczywistości nie ma takich właściwości, system nie jest bezradny. Prawo konsumenckie wprost kwalifikuje takie fałszywe deklaracje jako nieuczciwe praktyki – przypomina radca prawny.
W takich sytuacjach prezes Urzędu Ochrony Konkurencji i Konsumentów (UOKiK) może nałożyć sankcje sięgające nawet 10 proc. rocznego obrotu firmy. To nie są kary symboliczne – w jednej ze spraw dotyczących wprowadzającej w błąd reklamy suplementów diety grzywna wyniosła ponad 25 mln zł.
Ekspert wylicza, że organy państwa dysponują całą siecią gotowych do użycia narzędzi. Brak uprawnień do wykonywania zawodu można ścigać na podstawie przepisów branżowych, wyłudzanie pieniędzy podciągnąć pod klasyczne oszustwo (art. 286 Kodeksu karnego), a sprzedaż cudownych preparatów kontrolować przy pomocy Prawa farmaceutycznego oraz kompetencji Głównego Inspektora Sanitarnego (GIS), Głównego Inspektora Farmaceutycznego (GIF) i prezesa Urzędu Rejestracji Produktów Leczniczych, Wyrobów Medycznych i Produktów Biobójczych (URPL).
Prokuratorzy uderzają z niewłaściwej strony
Dlaczego zatem, dysponując takim arsenałem prawnym, system jest mało skuteczny?
Według Modry kłopotem jest konstruowanie zarzutów przez organy ścigania.
– Najtrudniejsze są te postępowania, w których od początku próbuje się udowodnić, że działalność pseudomedyczna doprowadziła do uszczerbku na zdrowiu albo śmierci człowieka. Znacznie prościej jest wykazać brak uprawnień, wprowadzenie w błąd, pobranie pieniędzy czy przypisywanie produktowi rzekomych właściwości leczniczych – ocenia Michał Modro.
Prawnik zwraca uwagę, że strona internetowa, potwierdzenie przelewu czy ulotka reklamowa to dowody, które można wykorzystać w procesie natychmiast. Tymczasem udowodnienie związku przyczynowo-skutkowego między słowami znachora a pogorszeniem stanu zdrowia chorego wymaga wielomiesięcznych opinii biegłych. Barierą nie jest więc brak odpowiedniego paragrafu, lecz nietrafiony wybór przepisu, na którym opiera się oskarżenie.
Niewidzialne koszty szarlatanerii
Zjawisko to ma również potężny wymiar ekonomiczny i zdrowotny. Największym zagrożeniem jest moment, w którym pacjent decyduje się zastąpić sprawdzoną terapię (na przykład onkologiczną) tak zwaną medycyną alternatywną. Z ostrożnych szacunków wynika, że w samej tylko onkologii koszt utraconych w ten sposób lat życia może wynosić od 100 do nawet 500 mln zł rocznie.
Michał Modro zaznacza jednak, że Polska nie prowadzi rzetelnych statystyk w tym zakresie.
– Wniosek z tych wyliczeń nie brzmi: „Szarlataneria kosztuje nas dokładnie pół miliarda złotych”, a „Nie wiemy, ile kosztuje, ponieważ państwo nie mierzy zjawiska, które próbuje tak restrykcyjnie regulować” – punktuje radca prawny, dodając, że stanowi to poważny defekt w procesie stanowienia prawa.
Zamiast pisać nową ustawę, państwo powinno najpierw zebrać dane o tym, ilu chorych zrezygnowało z leczenia, oraz sprawdzić, dlaczego dotychczasowe przepisy zawodzą. Zdaniem eksperta doraźnie pomogłoby stworzenie list wyspecjalizowanych biegłych, wydanie wytycznych dla prokuratorów oraz lepsza koordynacja działań między RPP, UOKiK i inspekcjami medycznymi. Ważnym narzędziem do walki z dezinformacją w sieci może być również unijny akt o usługach cyfrowych.
Modro postuluje też rozwiązanie prewencyjne: nałożenie na usługodawców bezwzględnego obowiązku informowania klientów, że nie wykonują zawodu medycznego, a ich metoda nie zastępuje leczenia.
– Granica ingerencji państwa nie powinna przebiegać między medycyną konwencjonalną a alternatywną, lecz między poglądem a ofertą handlową, informacją a oszustwem. Nie potrzebujemy prawa wycelowanego w szarlatanów jako kategorię ludzi, lecz wymierzonego w konkretne zachowania. I zanim stworzymy kolejne przepisy, zacznijmy po prostu konsekwentnie stosować te, które już są w kodeksach – podsumowuje Michał Modro.
Przeczytaj także: „Dlaczego prezydent skierował «Lex szarlatan» do Trybunału Konstytucyjnego?”, „Minister zdrowia: Będziemy domagać się narzędzi do obrony pacjenta” i „Smutek i niezrozumienie”.


