Szpitale pędzą na zepsutym tempomacie
Archiwum/iStock
Przyczyną kryzysu finansowego w polskiej ochronie zdrowia jest między innymi ustawa o minimalnych wynagrodzeniach, która działa jak zepsuty tempomat – co roku automatycznie podnosi pensje, całkowicie pomijając fakt, że w szpitalnym baku brakuje paliwa. Zwrócił na to uwagę prof. Grzegorz Gielerak.
- Szpitalny licznik stale przyspiesza – zeszłoroczny skok pensji o 14 proc. i tegoroczny o 8,82 proc. to kłopot dla dyrektorów
- Ustawowy wzrost w przypadku etatów wywołuje efekt domina na kontraktach, zmuszając zarządzających do likwidacji interny czy chirurgii
- Grzegorz Gielerak w „Menedżerze Zdrowia” ostrzega, że jeśli nie dopasujemy kosztów do przychodów, rozbijemy się o ścianę
Problemy w finansach szpitali nie biorą się z pojedynczych nadużyć, ale z samej konstrukcji systemu – zwrócił na to uwagę gen. broni prof. dr hab. n. med. Grzegorz Gielerak, dyrektor Wojskowego Instytutu Medycznego – Państwowego Instytutu Badawczego w Warszawie, w tekście „Kryzys bez niewiadomych”.
Sytuację w systemie wyjaśnił za pomocą motoryzacyjnej metafory.
Zwrócił uwagę, że zgodnie z ustawą o sposobie ustalania najniższego wynagrodzenia zasadniczego niektórych pracowników zatrudnionych w podmiotach leczniczych co roku 1 lipca uruchamia się bezwzględny automat.
Płace zasadnicze w ochronie zdrowia rosną jako iloczyn kwoty bazowej (równej przeciętnemu wynagrodzeniu w krajowej gospodarce) oraz wskaźnika przypisanego do konkretnej grupy zawodowej. Zasada jest prosta: gdy gospodarka przyspiesza, automatycznie przyspieszają płace w szpitalach. Rok temu podskoczyły około 14 proc., w tym roku o 8,82 proc.
– To przypomina tempomat sprzężony nie z mocą własnego silnika, ale z prędkością pojazdów na sąsiednim pasie. Pojazd utrzymuje narzucone tempo, choć układ nie przewiduje zwolnienia w chwili, gdy paliwa zaczyna brakować – stwierdził ekspert, podkreślając, że poza metaforą tym paliwem są przychody placówek medycznych.
Problem w tym, że w przeciwieństwie do pensji przychody szpitali nie rosną z mocy ustawy. Rosną one wyłącznie w tempie wynegocjowanym z jedynym nabywcą świadczeń i mieszczą się w sztywnych granicach ustalonego wcześniej planu finansowego.
Ucieczka budżetu i zignorowana demografia
Grzegorz Gielerak przyznał, że automat płacowy miał swój cel w 2022 r. – miał zatrzymać ucieczkę kadr z systemu. Dziś jednak – w jego ocenie – argument ten stracił na sile:
- zarobki polskich lekarzy rodzinnych wynoszą już 2,4-krotność średniej krajowej (średnia w państwach tej organizacji to 2,1), a specjalistów – aż 2,9-krotność,
- z każdych 100 złotych nowych, publicznych środków pompowanych w system w latach 2018–2024, niemal 69 zł przeznaczono wyłącznie na wynagrodzenia.
Gielerak ocenił, że presja będzie tylko rosła.
Społeczeństwo się starzeje, a w Polsce sektor opieki skupia zaledwie 6,8 proc. pracujących (w krajach skandynawskich to nawet 20 proc.). Każdy nowy etat automatycznie obciąży budżet państwa.
Szantaż kontraktowy i popsucie fundamentów
Skutki działania „automatu podwyżkowego” to kłopot dla zarządzających szpitalami.
Choć ustawa obejmuje tylko pracowników zatrudnionych na etacie, w praktyce każda lipcowa podwyżka przenosi się na stawki lekarzy kontraktowych. Dyrektor staje przed dramatycznym wyborem: albo zaakceptuje żądaną, nielimitowaną stawkę, albo zaryzykuje wstrzymanie pracy oddziału z braku obsady.
Pieniądze na podwyżki trafiają do szpitali poprzez wyższe wyceny niektórych świadczeń. Zyskują procedury i tak już dobrze płatne, a tracą fundamenty bezpieczeństwa – oddziały chorób wewnętrznych i chirurgia ogólna. Bez interny trudno utrzymać szpitalny oddział ratunkowy, a bez chirurgii ogólnej blok operacyjny traci ciągłość pracy. Zamknięcie pojedynczego, niedofinansowanego oddziału uruchamia rozpad całego szpitala, za co ostatecznie płaci pacjent.
Dwa różne biegi: system jedzie na zderzenie
Narodowy Fundusz Zdrowia nie nadąża za ustawowym automatem. Lipcowe decyzje obnażają tę asymetrię: z jednej strony podniesiono wyceny świadczeń w związku z ustawą (koszt: 9,25 miliarda złotych rocznie), z drugiej strony obniżono wyceny dla stu zawyżonych procedur (oszczędność: zaledwie 0,8 miliarda złotych).
Cięcia kosztów to działania punktowe i trudne. Waloryzacja płac wchodzi natomiast do bazy kosztowej na stałe i rośnie z każdym rokiem.
– Ustawa działa jak tempomat zaprogramowany na nieustanne przyspieszanie, z całkowitym pominięciem faktu, że w baku brakuje realnych przychodów. Dyrektorzy placówek zostali pozbawieni kierownicy – koszty rosną lawinowo z mocy prawa, zmuszając do kanibalizowania tak fundamentalnych, lecz niedoszacowanych oddziałów jak interna czy chirurgia ogólna. Jeśli nie powiążemy sztywnego wzrostu wynagrodzeń z możliwościami przychodowymi funduszu i rzeczywistą wyceną świadczeń, ten pędzący pojazd po prostu rozbije się o ścianę – podsumował Grzegorz Gielerak.
Deficyt nie jest wypadkiem przy pracy – to przewidywalny skutek systemu, w którym koszty rosną z automatu, a przychody zostają w tyle.
Przeczytaj także: „Kaliski szpital na pasku lekarzy milionerów”, Pożeracze budżetów – ile kosztują nas pracownicy szpitali”, „Jak zostać milionerem w cztery miesiące?” i „Demolka w zdrowiu – kto jest za to odpowiedzialny”.
