Dzień dobry
Dołącz do nas w mediach społecznościowych:
Udostępnij
Autor: Piotr Ryszard Ryś, Anna Ryś

Studentki nie rodzą dzieci

123RF

Biologia mówi, by zacząć wcześnie. Ekonomia odpowiada, aby poczekać na etat. Polska stworzyła system, w którym młode macierzyństwo oznacza finansową degradację. Efekt? Gwałtowny spadek urodzeń wśród kobiet w wieku od 20 do 24 lat i „okno biologiczne”, które zamyka się szybciej, niż rosną pensje.

Częściowym rozwiązaniem byłoby zwiększenie „kosiniakowego” do niecałych 3 tys. zł miesięcznie i wypłacanie go od ostatniego trymestru ciąży.

W debacie o demografii najczęściej słyszymy o zmianie priorytetów, chęci samorealizacji i wygodnictwie młodych pokoleń. Rzadko jednak analizujemy suchą matematykę, przed którą staje 22-letnia kobieta.

Polska rzeczywistość stworzyła bowiem groźny paradoks – to, co z punktu widzenia medycyny jest najbardziej pożądane, z punktu widzenia domowego budżetu staje się niemal samobójstwem.

Zacznijmy od biologicznego fundamentu, o którym w ferworze walki o karierę często zapominamy.

W 2015 r. zespół naukowców pod kierunkiem J.D.F. Habbemy opublikował, na łamach czasopisma naukowego „Human Reproduction”, przełomowe badania oparte na zaawansowanych symulacjach pod tytułem „Realizing a desired family size: when should couples start?”1. Ich wniosek był uderzający – jeśli para chce mieć 90 proc. pewności, że uda im się stworzyć rodzinę z trojgiem dzieci bez pomocy in vitro, powinna zacząć starania, gdy kobieta ma 23 lata.

Oczywiście, model Habbemy to rachunek prawdopodobieństwa, a nie wyrok. Każdy z nas zna historie kobiet, które pierwsze dziecko urodziły po trzydziestce, a potem bez przeszkód doczekały się licznego potomstwa. Takie przypadki zdarzają się i będą się zdarzać.

Jednak statystyka medyczna jest nieubłagana – wraz z wiekiem „okno możliwości” domyka się coraz szybciej. Spada jakość komórek jajowych, starzeje się endometrium, a ryzyko poronień czy powikłań ciążowych, takich jak na przykład cukrzyca ciążowa, drastycznie rośnie. Habbema nie stawia muru, ale wyznacza optymalną ścieżkę. Problem polega na tym, że w Polsce ta ścieżka jest dla młodych kobiet wyjątkowo kręta.

Obecnie wiek środkowy matki przy urodzeniu pierwszego dziecka to 29,1 roku (a wśród osób z wyższym wykształceniem już ponad 30 lat). Trudno zatem spodziewać się znacznego udziału rodzin posiadających kilkoro dzieci. Wiele kobiet nie stać jednak na urodzenie swojego pierwszego dziecka w młodym wieku. Nie mając ani pracy, ani własnego mieszkania, trudno marzyć o zakładaniu rodziny. Co więcej, takie osoby są też w sposób oczywisty pozbawione takiego świadczenia jak płatny urlop macierzyński, mimo że realnie, w tym czasie, są pozbawione możliwości świadczenia pracy.

Co wynika z danych?

Statystyki2 pokazują, że ten systemowy opór przynosi wymierne skutki. Spójrzmy na dane z ostatniej dekady dotyczące kobiet w wieku 20–24 lata – czyli tej grupy, która według nauki ma najlepsze karty w ręku, by zbudować liczną rodzinę:

  • W 2014 r. niemal 3,45 proc. kobiet z tego przedziału wiekowego zdecydowało się na pierwsze dziecko.
  • W 2024 r. ten odsetek spadł do zaledwie 1,94 proc.

To tąpnięcie o niemal połowę w ciągu zaledwie 10 lat. Co ciekawe, jedyny moment, w którym ten trend został wyhamowany, a wskaźnik wręcz nieznacznie wzrósł (z 3,41 proc. w 2015 r. do 3,45 proc. w 2016 r.), zbiegł się w czasie z wprowadzeniem dwóch ważnych programów: 500+ oraz „kosiniakowego”. Państwo wysłało wtedy sygnał, że rodzicielstwo na wczesnym etapie nie musi oznaczać biedy.

Niestety, od tego czasu rzeczywistość gospodarcza zmieniła się, a mechanizmy wsparcia zostały w tyle. Wiek środkowy matki rodzącej pierwsze dziecko rośnie co roku.

W 2010 r. wynosił on 26,6 roku, w 2020 – 28,5, a dziś dobija do 30. Oczywiście, częściowo wynika to ze struktury populacji (liczebności roczników), ale drastyczny spadek skłonności do rodzenia wśród najmłodszych kobiet (z 3 proc. w 2020 r. do niespełna 2 proc. dziś) dowodzi, że bariera wejścia w macierzyństwo stała się dla nich po prostu za wysoka.

Dziś młoda kobieta, stojąc przed wyborem – biologia czy bezpieczeństwo – niemal zawsze wybierze to drugie. I trudno jej się dziwić.

Świadczenie, które zjadła inflacja

W 2016 r. polski system ubezpieczeń społecznych przeszedł istotną zmianę, mającą na celu wsparcie osób dotychczas wykluczonych z systemu zasiłków. Wprowadzono wówczas „kosiniakowe ”– świadczenie w wysokości 1000 zł miesięcznie, którego pomysłodawcą był Władysław Kosiniak-Kamysz, ówczesny minister pracy i polityki społecznej. Rozwiązanie to miało być cywilizacyjnym skokiem dla studentek, osób bezrobotnych czy pracujących na umowach cywilnoprawnych, dając im prawo do płatnego czasu z dzieckiem, którego wcześniej nie miały.

Co istotne, „kosiniakowe” weszło w życie niemal równocześnie z programem Rodzina 500+. Ta synergia dwóch programów dała spektakularny, choć krótkotrwały efekt. W momencie debiutu 1000 zł netto nie było kwotą symboliczną – przy płacy minimalnej wynoszącej ok. 1355 zł netto, zasiłek macierzyński wyliczany według standardowej stawki 81,5 proc. wynosiłby niecałe 1100 zł. „Kosiniakowe” było więc niemal równe świadczeniu osoby pracującej.

Połączenie go z dodatkowymi 500 złotymi sprawiło, że młoda matka dysponowała budżetem rzędu 1500 zł miesięcznie, co realnie pozwalało na podjęcie decyzji o dziecku. Dane to potwierdzają: w 2016 roku odsetek młodych kobiet decydujących się na pierwsze dziecko po raz pierwszy od lat przestał spadać, a wręcz nieznacznie wzrósł.

Jednak od tamtej pory rzeczywistość gospodarcza uciekła, a kwota „kosiniakowego” ani drgnęła. W 2024 roku płaca minimalna wynosiła już 3605 zł netto.

Dziś matematyka macierzyństwa wygląda brutalnie i niesprawiedliwie:

  • studentka/osoba niepracująca – otrzymuje zamrożone 1000 zł „kosiniakowego”.
  • osoba pracująca (płaca minimalna), pobierając zasiłek w wysokości 81,5 proc. wynagrodzenia, otrzymuje co miesiąc ok. 2920 zł.

W ciągu ośmiu lat państwo polskie dopuściło do powstania ogromnej przepaści. Kobieta, która zdecyduje się na dziecko w najlepszym wieku biologicznym, ale przed uzyskaniem etatu, jest dla systemu warta trzy razy mniej niż jej koleżanka, która zdecydowała się poczekać. Różnica prawie 2000 zł miesięcznie to dla młodej rodziny bariera nie do pokonania.

Macierzyństwo na etacie

Ta gigantyczna dysproporcja w świadczeniach – niemal 2000 zł miesięcznie różnicy – zmusza młode kobiety do podejmowania decyzji, które z punktu widzenia rynku pracy są głęboko nieefektywne. Zamiast skupić się na studiach czy spokojnym planowaniu rodziny, studentki i absolwentki wchodzą w swoisty wyścig o ubezpieczenie.

Obserwujemy zjawisko zatrudniania się wyłącznie w celu uzyskania godnych świadczeń. Dla młodej kobiety, która planuje dziecko, znalezienie dowolnej pracy etatowej staje się przepustką do bezpiecznego macierzyństwa. Efekt jest łatwy do przewidzenia: niedługo po podpisaniu umowy następuje przejście na zwolnienie lekarskie, a następnie na pełnopłatny urlop macierzyński.

W tej sytuacji ofiarą systemu staje się również pracodawca, zwłaszcza ten najmniejszy. Mikroprzedsiębiorca, który zatrudnia pracownicę w dobrej wierze, nagle zostaje z wakatem, którego nie może łatwo uzupełnić. Choć zasiłek wypłaca ZUS, to pracodawca ponosi realne koszty:

  • Koszty rekrutacji i wdrożenia – czas i pieniądze poświęcone na naukę osoby, która po kilku miesiącach znika z firmy.
  • Paraliż operacyjny – w małych zespołach brak jednej osoby oznacza, że właściciel lub reszta zespołu musi przejąć jej obowiązki, co często prowadzi do przeciążenia i spadku wydajności firmy.
  • Ryzyko nieuczciwości – system skłóca obie strony. Pracodawca zaczyna postrzegać młode kobiety jako „ryzykownych pracowników”, a kobiety czują presję, by ukrywać swoje plany życiowe.

To błędne koło. Obecny model zmusza kobiety do instrumentalnego traktowania zatrudnienia, a pracodawców do nieufności. Gdyby „kosiniakowe” dawało realną stabilizację, młoda kobieta mogłaby podjąć decyzję o dziecku jeszcze na studiach lub w przerwie między projektami, wejść na rynek pracy w pełni gotowa do budowania kariery dopiero po odchowaniu niemowlęcia.

Państwo, oszczędzając na zasiłku dla studentek, przerzuca ciężar polityki demograficznej na barki przedsiębiorców, jednocześnie tracąc najcenniejszy zasób: czas biologiczny matek.

Najwyższy czas ucywilizować macierzyństwo

Polska polityka demograficzna utknęła w martwym punkcie, ponieważ ignoruje biologię i praktycznie unicestwia chęć posiadania potomstwa w młodym wieku. Jeśli chcemy, aby Polki rodziły więcej dzieci, musimy przestać zmuszać je do wyboru między zdrowiem a elementarnym bezpieczeństwem finansowym.
Oczywiście, samo podniesienie świadczenia nie stanie się magicznym gamechangerem, który w pojedynkę rozwiąże kryzys demograficzny. Problem dzietności jest zbyt złożony, by naprawić go jedną ustawą. Jednak urealnienie wsparcia dla młodych matek powinno być fundamentem szerszej strategii państwa. Kluczowym krokiem w tym kierunku jest podniesienie świadczenia „kosiniakowego” do poziomu minimalnego zasiłku macierzyńskiego (i prawnego z nim powiązania).

Warto przy tym rozważyć rozszerzenie tego wsparcia również na okres bezpośrednio poprzedzający narodziny. Obecnie kobieta pracująca w razie gorszego samopoczucia korzysta z płatnego zwolnienia lekarskiego, chroniąc zdrowie swoje i dziecka bez utraty dochodów.

Studentka w trzecim trymestrze ciąży znajduje się w próżni – jej możliwość podjęcia jakiejkolwiek pracy zarobkowej jest już niemal zerowa, a koszty związane z przygotowaniem do porodu i wyprawką osiągają szczyt. Wprowadzenie świadczenia wspierającego już w ostatnim etapie ciąży byłoby nie tylko realną pomocą, ale i uznaniem faktu, że macierzyństwo i związany z nim brak mobilności zawodowej nie zaczynają się dopiero na sali porodowej.

Taka zmiana to przede wszystkim kwestia przywrócenia godności. Obecny system, wyceniając czas studentki (jak i każdej osoby niepracującej) z dzieckiem na tysiąc złotych, wysyła upokarzający komunikat o jej niskiej wartości dla społeczeństwa. Zrównanie tych kwot pozwoliłoby odblokować „biologiczne okno” dla tych par, które marzą o większej rodzinie, ale dziś boją się finansowej degradacji na starcie.

Jednocześnie takie rozwiązanie byłoby uczciwe wobec rynku pracy. Zdejmowałoby z kobiet presję zdobywania etatu za wszelką cenę tylko po to, by uzyskać prawo do godnego zasiłku. Młoda matka mogłaby podjąć decyzję o dziecku wtedy, gdy jej organizm jest na to najlepiej przygotowany, a na rynek pracy wejść później – już jako pracownik w pełni dyspozycyjny, bez konieczności instrumentalnego traktowania zatrudnienia.
Państwo polskie musi zrozumieć, że oszczędzanie na zasiłkach dla najmłodszych matek to de facto marnowanie najcenniejszego zasobu: czasu biologicznego. Inflacja tysiąca złotych trwa już zbyt długo. Czas sprawić, by ciąża w młodym wieku przestała być postrzegana jako życiowa katastrofa, a stała się bezpiecznym i szanowanym przez system wyborem.

Biologia nie będzie na nas czekać, aż dostatecznie dobrze się wykształcimy lub znajdziemy godną pracę.

Przypisy:

  1. www.pubmed.ncbi.nlm.nih.gov/26185187.
  2. Dane dotyczące liczby pierwszych urodzeń w poszczególnych latach pochodzą z roczników statystycznych GUS. Liczebność kobiet w konkretnych rocznikach została ustalona na podstawie piramidy wieku opublikowanej przez GUS w 2025 r. Obliczenia procentowe są opracowaniem własnym autorów.

Tekst Piotra Ryszarda Rysia i Anny Ryś publikujemy w „Menedżerze Zdrowia” za zgodą i dzięki uprzejmości Klubu Jagiellońskiego.

Przeczytaj także: „Kim jest normalny Polak?”.

Menedzer Zdrowia facebook

Źródło:
Klub Jagielloński/Piotr Ryszard Ryś i Anna Ryś
Działy: Aktualności w Menedżer Zdrowia Aktualności
Tagi: Piotr Ryszard Ryś Anna Ryś