Dzień dobry
Dołącz do nas w mediach społecznościowych:
Udostępnij
Autor: Grzegorz Gielerak

Siedem diagnoz, jeden pacjent

Archiwum 

Decydenci, płatnik i medycy zgodnie w ocenie podchodzą do skali kryzysu, ale spierają się o to, kto i za co ma wdrożyć zmiany. Grzegorz Gielerak w „Menedżerze Zdrowia” porządkuje ten chaos, proponując organizatorowi systemu trzy gotowe rozwiązania z kalendarzem i źródłem finansowania.

  • Wszyscy główni uczestnicy rozmów o systemie zdrowia zgadzają się, że funkcjonowanie ponad 600 szpitali to błąd, a wysokie kontrakty lekarskie wynikają ze złej wyceny świadczeń. Spór dotyczy wyłącznie tego, kto ma podjąć decyzję o reformie, w jakiej kolejności ją wdrożyć i z czego ją sfinansować
  • Rządowy limit wynagrodzeń nie usunie problemu, a jedynie obniży najwyższe stawki na liście płac. Bez natychmiastowej retaryfikacji, czyli przeliczenia rzeczywistych kosztów procedur medycznych, środki finansowe nadal będą trafiać do świadczeń przepłaconych, zamiast finansować realne potrzeby pacjentów
  • Przywoływana w dyskusji jako wzór duńska konsolidacja szpitali zwiększyła produktywność, ale wbrew obiegowym opiniom nie obniżyła ogólnej śmiertelności populacyjnej. Polska posiada już własne wojewódzkie plany transformacji, jednak do momentu nadania im mocy wiążącej przy kontraktach z Narodowym Funduszem Zdrowia pozostają one wyłącznie dokumentami analitycznymi
  • Dyrektorzy szpitali stają przed sprzecznymi wymogami prawnymi i finansowymi. Placówka, która w ramach konsolidacji przejmie chorych z zamykanych oddziałów, wygeneruje nadwykonania opłacane przez NFZ jedynie warunkowo, co w praktyce oznacza wymuszone kredytowanie państwa przez szpitale
  • Oddziały niespełniające kryteriów ostrodyżurowych nie powinny być likwidowane, lecz przeprofilowane na opiekę długoterminową lub utrzymane jako infrastruktura rezerwowa na wypadek kryzysu militarnego i epidemicznego. Uruchomienie tych zmian przed wygaśnięciem obecnej sieci w 2029 r. to wyłączna kompetencja i obowiązek ministra zdrowia
  • O tym wszystkim w „Menedżerze Zdrowia” pisze gen. broni prof. dr hab. n. med. Grzegorz Gielerak z Wojskowego Instytutu Medycznego – Państwowego Instytutu Badawczego w Warszawie, członek Rady do spraw Ochrony Zdrowia przy Prezydencie Rzeczypospolitej Polskiej
  • Ekspert będzie uczestniczkiem X Kongresu Wizja Zdrowia – Diagnoza i Przyszłość – Foresight Medyczny oraz XX Konferencji Hospital & Healthcare Management, które odbędą się 6 i 7 października w Warszawie, w Sheraton Grand Warsaw

W pierwszym tygodniu września 2026 r. Ministerstwo Zdrowia, Ministerstwo Finansów, publiczny płatnik świadczeń opieki zdrowotnej, samorząd lekarski, samorząd ratowników medycznych, Rada do spraw Ochrony Zdrowia przy Prezydencie RP i Polska Federacja Szpitali przedstawiły własne diagnozy stanu ochrony zdrowia w Polsce. W ocenie sytuacji wszyscy mówią jednym głosem. Drogi rozchodzą się dopiero wtedy, gdy trzeba odpowiedzieć na trzy pytania:

  • kto ma decydować o kształcie i tempie reformy,
  • w jakiej kolejności wprowadzać zmiany,
  • kto za nie zapłaci.

Siedem diagnoz jest zgodnych co do skali i głębokości kryzysu w stopniu, jakiego debata o systemie ochrony zdrowia w Polsce nie widziała od 2017 r. Na pytanie, co z tym zrobić, ich autorzy dają jednak siedem różnych recept. Bez wspólnego planu leczenia sama zgoda co do diagnozy nie wystarczy, aby pakiet przyjęty 10 września przez Stały Komitet Rady Ministrów wyszedł poza etap projektu i stał się ustawą, a ustawa reformą z właścicielem, kalendarzem i źródłem finansowania.

Niniejszy tekst jest zapisem stanu gry na połowę września 2026 r. w sporze dotyczącym decyzyjności, harmonogramu wdrażania zmian oraz źródeł ich finansowania. Zbiera propozycje wszystkich siedmiu stron toczącego się sporu – od resortów zdrowia i finansów oraz płatnika po samorządy zawodowe i pracodawców szpitalnych. Materiał powstał na podstawie źródeł pierwotnych, to jest z wypowiedzi na XXXV Forum Ekonomicznym w Karpaczu, sprawozdania finansowego Narodowego Funduszu Zdrowia za 2025 r., komunikatów ministerstw, stanowisk obu samorządów oraz autoryzowanych artykułów i wywiadów prasowych. Dokument wyławia z kakofonii przekazów kwestie rozstrzygające o powodzeniu reformy i porządkuje je według związku przyczynowego oraz kolejności wdrażania. Zamykają go trzy rekomendacje dla organizatora systemu, każda z instrumentem prawnym lub finansowym i datą wykonania – konkret, którego dotychczasowej debacie brakowało i który przenosi ją z poziomu niezobowiązującej diagnozy na etap decyzji wykonawczych.

Zgoda, która niczego nie przesądza

Pole zgody sięga dalej, niż sugeruje to temperatura sporu. Otwiera je uznanie kominów płacowych – a konkretnie kontraktów lekarskich sięgających kilkudziesięciu tysięcy złotych miesięcznie – za objaw, nie zaś za chorobę systemu ochrony zdrowia. Prezes Naczelnej Rady Lekarskiej dr Łukasz Jankowski nazywa je wprost skutkiem złej wyceny procedur i braku kontroli płatnika nad wykonywaniem świadczeń. Andrzej Sośnierz, w przeszłości kierujący oddziałem wojewódzkim Narodowego Funduszu Zdrowia, wywodzi je z centralnie ustalanych cen. Z kolei dr hab. Cezary Pakulski, anestezjolog i autor analiz systemowych, proponuje leczyć je retaryfikacją.

Wszyscy trzej, różniący się w niemal każdej innej sprawie, wskazują ten sam mechanizm – sposób wyceny świadczeń. Skoro kominy wyrastają z tego mechanizmu, limit wynagrodzeń leczy objaw, a nie przyczynę, tj. obniża jedynie najwyższe stawki na liście płac. Jedne procedury pozostaną przepłacone, a inne niedoszacowane, więc pieniądz dalej popłynie tam, dokąd kieruje go taryfa, a nie bieżąca potrzeba medyczna.

Druga sprawa, w której siedem głosów mówi jednym tonem, to liczba szpitali. Ponad 600 placówek z kontraktem publicznym rozprasza kadrę, sprzęt i pieniądze płatnika poniżej progu, przy którym każda z nich mogłaby dyżurować w pełnym zakresie.

Punkt odniesienia podał prof. Piotr Czauderna, przewodniczący Rady do spraw Ochrony Zdrowia przy Prezydencie RP, który podczas XXXV Forum Ekonomicznego w Karpaczu wskazał 200–250 placówek ostrodyżurowych jako docelowy kształt sieci – mówił o tym w wywiadzie z „Menedżerem Zdrowia” zatytułowanym „Powiaty za słabe, szpitali w nadmiarze – czy pojmą to nasi włodarze?”.

Co ciekawe, zbliżony rachunek zdolności dyżurowej szpitali potwierdza Ministerstwo Zdrowia, bo w schemacie zabezpieczenia opieki szpitalnej, opublikowanym 14 lipca jako uzupełnienie mapy potrzeb zdrowotnych, około 120 miejsc udzielania świadczeń z chirurgii ogólnej i 156 z kardiologii nie spełnia przyjętych kryteriów.

Resort zastrzegł jednocześnie, że ocenie podlegają zakresy świadczeń, a nie oddziały jako komórki organizacyjne. Rachunku to nie zmienia, bo chorego nie leczy zakres świadczeń, tylko zespół, którego na dyżurze w danym szpitalu po prostu zabraknie. Stąd zgodność głosów z obu stron stołu co do diagnozy, choć każda z nich sięga po inne narzędzie.

Prezes Jankowski domaga się na przykład jednolitego nadzoru właścicielskiego i końca rywalizacji o kadry między placówkami działającymi drzwi w drzwi.

Prezes Polskiej Federacji Szpitali prof. Jarosław Fedorowski postawił natomiast na rozwój opieki koordynowanej, czyli pionową współpracę ośrodków różnych poziomów zabezpieczenia z lecznictwem ambulatoryjnym, zamiast łączenia zdolności medycznych sąsiednich powiatów. Co ważne, ponad sześciuset szpitali w dzisiejszym kształcie nie broni nikt, a rozpiętość między tą liczbą a 200–250 placówkami ostrodyżurowymi pokazuje, jak głębokiej przebudowy sieci domagają się wspólnie samorząd lekarski i pracodawcy szpitalni, których zbieżność stanowisk należy w tej debacie do rzadkości.

Spór ominął także limit czasu pracy lekarza. Samorząd lekarski proponował tachograf oparty na logowaniu do systemu P1 (Elektronicznej Platformy Gromadzenia, Analizy i Udostępniania Zasobów Cyfrowych o Zdarzeniach Medycznych), resort zaś – równoważnik dwóch etatów, czyli około 320 godzin miesięcznie. Obie strony godzą się zatem na pułap wyższy niż jeden etat, różnią się jedynie sposobem jego pomiaru. Nikt nie kwestionuje również skutków ustawy o sposobie ustalania najniższego wynagrodzenia zasadniczego niektórych pracowników zatrudnionych w podmiotach leczniczych – największego, powszechnie uznanego generatora kosztów w systemie.

Potwierdziła to wiceminister zdrowia Katarzyna Kęcka w odpowiedzi na interpelację poselską – w 2025 r. było to 58 mld zł, czyli 25 proc. planu finansowego Narodowego Funduszu Zdrowia. Tyle wyniosły narastająco skutki finansowe kolejnych podwyżek, wyliczone przez Agencję Oceny Technologii Medycznych i Taryfikacji (AOTMiT) i doliczone do taryf świadczeń.

W planie na 2026 r. wiceprezes NFZ Jakub Szulc wskazał już 72 mld zł, czyli niemal trzecią część z około 220 mld zł do rozdysponowania.

Piąty punkt zgody, najmniej oczywisty i najważniejszy, dotyczy danych, których państwu rzekomo brakuje, a którymi, jak się okazuje, od dawna dysponuje.

Prezes Fedorowski przypomniał, że wysokość wynagrodzeń lekarzy wynika z rozliczeń podatkowych, a publikowane od lat raporty Funduszu „Aktywne monitorowanie” pokazują, że część szpitali wykonuje wysoko wyceniane zabiegi dwa–trzy razy częściej niż placówki o podobnym profilu i wielkości. Brakuje zatem nie danych, ale nadzoru, który chciałby z nich korzystać – odchylenia wykazane w raportach leżały w systemie latami i nie uruchomiły żadnej kontroli, dopóki sprawy nie nagłośniły media. Na tym rozróżnieniu opiera się cały dalszy wywód: skoro dane istnieją, to oznacza, że kolejność „najpierw limit, potem pomiar” nie jest koniecznością, tylko świadomym wyborem resortu zdrowia (który limit proponuje) i płatnika (który dane gromadzi).

Pole zgody jest zatem szerokie, brakuje w nim tylko rozstrzygnięć. Pięć ustaleń wspólnych obejmuje przyczynę, skalę, instrument, koszt i wiedzę, a więc pełne rozpoznanie stanu systemu. Pod każdym z nich podpisałaby się bez wahania cała siódemka autorów diagnoz. Gdyby więc sukces reformy zależał wyłącznie od identyfikacji tego, co powinno zostać zmienione lub poprawione, byłaby ona z pewnością gotowa od miesięcy. Samo rozpoznanie nie rozstrzyga jednak tego, o co spór toczy się naprawdę, czyli kto ostatecznie podejmie decyzję, w jakiej kolejności oraz z jakich pieniędzy sfinansuje reformę.

Każde z tych pytań ma innego adresata i inną cenę polityczną. Limit płac uderza w kilkuset lekarzy i kosztuje niewiele. Zamknięcie oddziału uderza w powiat i kosztuje mandat starosty albo posła z tego okręgu. Przebudowa wyceny świadczeń obejmuje cały system, a przed końcem kadencji nie przynosi nikomu widocznego zysku. Kto rozstrzyga o kolejności, rozstrzyga równocześnie, które z tych rachunków zostaną zapłacone teraz, a które przejdą na następną kadencję parlamentu – i to właśnie, a nie diagnoza, zdaje się przesądzać dziś o tempie, skali i zakresie prowadzonych reform.

Kto, kiedy i z jakich pieniędzy

Pierwsze pytanie dotyczy właściciela decyzji. W pierwszym tygodniu września samorząd ratowników medycznych zaproponował powołanie krajowego organu odpowiedzialnego za ratownictwo oraz wprowadzenie jednej stawki godzinowej dla wszystkich 16 wojewódzkich dyspozytorni. Samorząd lekarski postulował w tym samym czasie nadzór wolny od polityki na dwóch poziomach – właścicielskim nad szpitalami i organizatorskim nad systemem. Szłoby z tym w parze zakończenie rywalizacji placówek o kadry, jednak bez wprowadzania pułapu płac.

Same dyspozytornie są poglądową lekcją tego, co się dzieje z funkcją bez właściciela: niedokończona reforma z 2018 r., krajowy koordynator ratownictwa przewidziany w ustawie i nigdy nieobsadzony, „statki bez kapitana” w słowach prezesa Krajowej Rady Ratowników Medycznych Mateusza Komzy. Dwa samorządy zawodowe pod tym samym hasłem domagają się jednak czegoś przeciwnego i oba mają rację w granicach własnego rynku pracy: dyspozytor ma po reformie jednego pracodawcę w województwie, więc przyjmuje stawkę, jaką zaproponuje mu jeden z 16 wojewodów. Tymczasem lekarz deficytowej specjalizacji ma 600 szpitali, które muszą obsadzić dyżur, więc stawkę dyktuje sam. Słowo „jeden ośrodek” dla ratowników oznacza organ, który ustali jednolitą kwotę dla wszystkich. Dla lekarzy z kolei oznacza właściciela, który uporządkuje sieć, ale nie odbierze im premii z licytacji, jaką dziś prowadzi 600 szpitali, ponosząc przy tym jej koszty.

Wniosek z lekcji dyspozytorni jest jednak inny, niż wyprowadza z niej samorząd lekarski. Dyspozytorniom nie zaszkodziła polityka w nadzorze, zabrakło natomiast kogoś, kogo dałoby się z niego rozliczyć. Postulowane przez lekarzy gremium niezależne od polityków tej luki nie zamyka, tylko powtarza ją w większej skali. Usuwa z układu jedyne ogniwo, którego mandat pacjenci-wyborcy co cztery lata odnawiają albo odbierają – i czyni to nie dla 16 dyspozytorni, ale dla 600 szpitali.

Drugie pytanie – o kolejność wprowadzania limitu płac i naprawy wyceny świadczeń medycznych – dzieli siedem głosów jeszcze wyraźniej niż poprzednie, bo od niego zależy, kto zapłaci za reformę jako pierwszy: lekarze, którym ograniczy się zarobki, czy płatnik, który musiałby najpierw poprawić wycenę. Samorząd lekarski i Andrzej Sośnierz stawiają sprawę jasno: najpierw wycena, a wtedy limit okaże się zbędny. Minister finansów Andrzej Domański i Stały Komitet Rady Ministrów opowiadają się za pułapem wprowadzonym niezwłocznie, dla nowych umów od dnia wejścia przepisów w życie. Resort zdrowia stał przez pięć dni września pośrodku, proponując roczny okres przejściowy, o który – jak podawało ministerstwo – mieli prosić dyrektorzy szpitali.

Za kolejnością „najpierw wycena” stoi argument trudny do odparcia: pułap nałożony na wadliwą taryfę nie likwiduje zarobku, tylko przesuwa go do sektora prywatnego i do form zatrudnienia omijających nowe przepisy. Resort ten ruch przewidział, dlatego ministerialny projekt zakazuje umów ze spółkami i spółdzielniami lekarskimi. Arytmetyka przemawia jednak za kolejnością odwrotną: przeliczenie taryf zajmie AOTMiT lata, a „jednolita rentowność” w ustach samorządu oznacza wyrównanie w górę, na które – przy 72 mld zł zaangażowanych już w płace – po prostu nie ma pieniędzy. Limit działa więc (by użyć porównania klinicznego) jak opaska uciskowa – zatrzymuje krwawienie na czas operacji, ale niczego nie leczy.

Właściwą operacją jest bowiem retaryfikacja, czyli przeliczenie od nowa, ile naprawdę kosztuje każde świadczenie, tak aby pieniądz przestał płynąć do procedur przepłaconych, a zaczął do tych, do których szpitale dziś dopłacają, powiększając własną stratę. Niestety w tej sprawie Ministerstwo Zdrowia postąpiło inaczej: zamiast operacji zaproponowało samą opaskę, i to założoną dopiero po upływie roku. Stały Komitet Rady Ministrów poprawił ten plan połowicznie – skrócił zwłokę, ale nie wyznaczył terminu operacji, a przecież wyłącznie ona usuwa przyczynę krwawienia, nie zaś jedynie jego objaw. Oba zabiegi służą zresztą temu samemu, czyli uszczelnieniu finansów systemu. Dopiero tam, gdzie pieniądz nie wycieka, można skierować większy strumień środków, którego kolejne etapy reformy będą wymagać, a którego bez takiej szczelności nikt systemowi nie przyzna. Retaryfikacja ma jednak ciężar większy niż rachunkowy, bo przywraca polityce zdrowotnej jej właściwą miarę. Dziś podmiot leczniczy dobiera zakres działalności według tego, co się opłaca. Po naprawie taryf decydowałaby o nim potrzeba zdrowotna populacji.

Trzecie pytanie, o pieniądze, ma dwa wątki. Pierwszy (ustrój płatnika) dzieli dyskutantów najgłębiej. Andrzej Sośnierz proponuje zlikwidować centralę i w trzy miesiące usamodzielnić 16 oddziałów w kasy chorych z Urzędem Nadzoru. Prezes Fedorowski zostawia strukturę właścicielską bez zmian i stawia na organizacje opieki koordynowanej, premiowane za ciągłość leczenia. Sam projekt reformy chce wyłonić w ogólnopolskim konkursie i obwarować dziesięcioletnią zgodą ponadpartyjną. Prezes Jankowski zaleca „głęboki namysł” nad konkurującymi płatnikami. Rachunek jest tymczasem prosty: dotacja budżetu państwa dla Funduszu wzrosła z 0,2 mld zł w 2023 r. do 41,5 mld zł w projekcie na 2027 r. Regionalizacja płatnika ma za sobą doświadczenie lat 1999–2003 i argument, że decyzja zakupowa bliżej pacjenta jest trafniejsza. Przeciwwagę stanowi jednak liczba, którą wiceprezes Szulc podał w Karpaczu: owe 41,5 mld zł dotacji, czyli około piątej części pieniędzy, którymi płatnik ma dysponować w 2027 r. Dotacja tej wielkości oznacza, że składka na dobre przestała wystarczać, a o brakującej reszcie decydować co roku będzie rząd. Co za tym idzie – zapowiada to nową kolejkę w systemie. Tym razem nie pacjentów, tylko szesnastu płatników, którzy zabiegając o uznaniową dotację, będą zabiegać o łaskę ministra finansów, a nie o zdrowie pacjenta – pisaliśmy o tym w tekście „Narodowy Fundusz Zależności?”.

Doświadczenie pandemii i obecny stan zagrożeń geopolitycznych przemawiają zarazem za silnym ośrodkiem centralnym. W zarządzaniu kryzysowym rozstrzyga jedność decyzji oraz zdolność do jej korygowania w tempie narzuconym przez rozwój sytuacji, a rozproszony nadzór tej zdolności nie daje. Państwo wielkości Polski wymaga jednak równolegle silnej reprezentacji regionalnej płatnika, która odczytuje potrzeby zdrowotne regionu z bliska, korzystając z wiedzy, jakiej centrala nie ma i mieć nie może. Przedmiotem sporu pozostaje zatem nie liczba ośrodków decyzyjnych, lecz rozdział kompetencji: jakie decyzje wymagają jednego ośrodka na wypadek kryzysu, a jakie powinien podejmować region, który zna potrzeby pacjentów i możliwości swoich szpitali.

Drugi wątek pytania o pieniądze brzmi: czy zmieniać ustawę o minimalnych wynagrodzeniach w ochronie zdrowia, czyli mechanizm, który co roku w lipcu podnosi płace z mocy prawa? Wiceprezes Szulc uznaje, że ustawa spełniła swoje zadanie, a jej skutki finansowe „pozostaną z nami na zawsze” (otwarte pozostaje jedynie tempo narastania kolejnych kwot). Dodaje przy tym, że do końca obecnej kadencji parlamentu nie spodziewa się w tej sprawie nowych inicjatyw ustawodawczych. Dr hab. Pakulski postuluje nowelizację w zespole trójstronnym, pomijając jednak fakt, że tę drogę rząd sprawdził już wiosną 2026 r., gdy korekta warta około 4 mld zł oszczędności upadła wobec sprzeciwu związków zawodowych.

Za utrzymaniem ustawy w obecnym kształcie przemawiają dwa argumenty: przez lata wyrównywała zaniżone płace, a jej zmiana w roku przedwyborczym nie ma szans na większość parlamentarną. Rachunek kosztów mówi jednak co innego: ustawa działa jak procent składany, bo każdą kolejną podwyżkę nalicza się od kwoty powiększonej w latach poprzednich.

Wiceprezes Szulc pokazał to na liczbach. W 2026 r. wskaźnik waloryzacji po raz pierwszy spadł poniżej dziesięciu procent (do 8,82 proc. wobec 14,3 proc. rok wcześniej), a koszt mimo to rośnie, bo podstawą pozostaje kwota podniesiona jednorazowo o 25–50 proc. w 2022 r. i od tamtej pory co roku waloryzowana. Płatnik wskazał więc, co najbardziej obciąża jego finanse, a resort, który mógłby ten ciężar zdjąć, zostawia ustawę nietkniętą z powodów politycznych. Dotrwa ona zatem do wyborów w niezmienionym brzmieniu – lipcowa waloryzacja z 2027 r. naliczy się od podwyższonej podstawy, rachunek przejdzie przez wycenę świadczeń do NFZ, lukę dopłaci budżet państwa, a to, czego wycena nie pokryje, zostanie jako deficyt w szpitalach.

Pozostałe cztery stanowiska są niepełne z tego samego powodu – każde odpowiedziało na jedno lub dwa z trzech głównych pytań, żadne zaś na wszystkie. Minister finansów mówił o kolejności wprowadzania limitu i o pieniądzach, milczy natomiast o właścicielu, czyli o tym, kto ma za reformę odpowiadać. Ratownicy wskazali właściciela, nie mówią z kolei, kto za to zapłaci. Rada do spraw Ochrony Zdrowia wyznaczyła decydenta i docelową liczbę szpitali, ale pomija kolejność kroków i aspekt finansowy. Federacja Szpitali proponuje sposób organizacji, nie rozstrzyga jednak, kto ma go narzucić.

Z siedmiu diagnoz da się więc ułożyć kompletną mapę reformy: kto za nią odpowiada, co po czym wdrażać i skąd wziąć na to środki. Rzecz w tym, że każdy autor narysował wyłącznie własny jej fragment. Wspólny pozostaje natomiast błąd metodyczny: odwrócenie porządku rozpoznania i terapii. Nikt go nie kwestionuje, bo nikt go dotąd nie nazwał. Każdy zaczyna od wyboru instrumentu reformy – czyli limitu, liczby szpitali albo ustroju płatnika – a pomiar, który miałby ten wybór uzasadnić, odkłada na później. Ta jedna cecha łączy siedem głosów mocniej niż którakolwiek z dzielących je różnic. To od niej, a nie od samej treści dokumentów, zależy, czy przyjęty 10 września przez Stały Komitet Rady Ministrów pakiet resortu zdrowia, wprowadzający limit wynagrodzeń i wydłużający o dwa lata termin ważności sieci szpitali, stanie się autentyczną reformą, czy tylko kolejnym niezrealizowanym projektem.

Regulacja przed pomiarem

Cztery linie podziału, ułożone wzdłuż trzech pytań, mają jeden wspólny mianownik, którego nikt nie nazywa, bo każdy go współtworzył – to kolejność, w której decyzja regulacyjna poprzedza zbadanie skali problemu. Pakiet wrześniowy rozstrzygnął o kształcie limitu, zanim zmierzono rozmiar kominów płacowych. Wartości zaporowe, 240 zł za godzinę i 76 896 zł miesięcznie, resort wpisał do projektu nowelizacji ustawy o świadczeniach opieki zdrowotnej finansowanych ze środków publicznych (nr w wykazie prac rządu: UD439) już w lipcu 2026 r. rekomendacje AOTMiT o wydatkach szpitali na wynagrodzenia dotarły do ministerstwa dopiero pod koniec sierpnia. Identyfikacja osoby udzielającej świadczenia numerem PESEL, zapowiadana jako narzędzie dające „pełny obraz” zatrudnienia, wystartuje 1 listopada 2026 r. Udział płac w budżecie szpitala na poziomie 60–70 proc., różnicowany dla siedmiu poziomów referencyjnych, urzędnicy ogłosili w sierpniu jako przyszłą podstawę premiowania przez płatnika. Nie podano jednak, ile placówek mieści się dziś w tym przedziale ani skąd w ogóle wzięły się jego granice.

Resort broni się argumentem, że precyzyjne dane o zatrudnieniu powstaną dopiero po wprowadzeniu obowiązku identyfikacji personelu numerem PESEL, więc czekanie na nie odłożyłoby start limitowania zarobków o rok. Argument ten jest prawdziwy wyłącznie dla danych, których jeszcze nie ma. Jest zarazem fałszywy dla tych statystyk, które w lipcu były już dostępne w dwóch istotnych zasobach. Pierwszy to publikowane od lat raporty „Aktywnego monitorowania” NFZ, które dla wybranych zakresów zabiegowych zestawiają liczbę procedur w każdym ośrodku z progiem koncentracji i pokazują, kto od typowego poziomu odstaje. Mimo to żadne wykazane w nich odchylenie nie uruchomiło kontroli płatnika, zanim wybuchła sprawa Warszawskiego Szpitala Południowego. Drugi filar to system P1, do którego od 1 lipca 2021 r. wszyscy usługodawcy, także praktyki prywatne, raportują zdarzenia medyczne na mocy art. 56 ustawy o systemie informacji w ochronie zdrowia. Oznacza to ni mniej, ni więcej, że państwo nie musiało czekać na nowe dane – wystarczyło sięgnąć do sprawozdań, które szpitale i tak składają płatnikowi, oraz do własnego systemu informatycznego.

Andrzej Sośnierz poszedł o krok dalej i spytał, co te dane w ogóle opisują.

– Walczymy z patologią, nie sprawdziwszy, czy ona w ogóle istnieje, bo 600 godzin miesięcznie w sprawozdaniu to fikcja norm zatrudnienia, których wymaga sam płatnik – stwierdził.

W sprawie pomiaru czasu pracy lekarza propozycja samorządu przeważa nad rządową nie dlatego, że broni interesu medyków, ale dlatego, że lepiej skonstruowano jej mechanizm. Tachograf oparty na systemie P1 rejestruje godziny jeszcze zanim ustawowy limit wejdzie w życie, obejmując także sektor prywatny, więc przy okazji domyka lukę, którą projekt rządowy pozostawia całkowicie otwartą. Lekarz, który wyczerpie pułap w placówkach publicznych, zachowuje niewykorzystane godziny do „sprzedania” w gabinecie prywatnym. Papierowe oświadczenie, na którym opiera się pomysł ministerstwa, tych godzin nie pokaże, natomiast elektroniczna ewidencja zdarzeń medycznych wykazuje je automatycznie i działa już od sześciu lat. Brakuje jedynie przepisu, który uczyniłby ją obowiązującą podstawą rozliczania limitu.

Dania postępowała odwrotnie: mierzyła potrzeby i wyniki leczenia przed podejmowanymi decyzjami. Choćby z tego powodu jej reformę warto poznać szerzej, i to nie tylko z perspektywy ostatecznej liczby zamkniętych szpitali.

Model duński, czytany do końca

Przewodniczący Rady do spraw Ochrony Zdrowia przy Prezydencie RP, prof. Piotr Czauderna, wskazał model duński jako wzorzec przebudowy szpitalnictwa i uznaje go za w pełni wykonalny w Polsce.

Samorząd lekarski postawił natomiast na sieć regionalną, czyli rozstrzyganie o zakresie zadań poszczególnych placówek na poziomie województwa, a nie całego kraju. W Karpaczu obie strony przywoływały Danię z pamięci, bez odwołania do piśmiennictwa, choć tamtejszą reformę poddało ocenie (na podstawie rzetelnych danych) już kilkanaście recenzowanych publikacji. Co najmniej pięć z nich pozwala realnie sprawdzić, na czym model duński polega i jakie płyną z niego wnioski dla Polski.

Pierwsza lekcja dotyczy samej konsolidacji sieci. Reforma strukturalna z 2007 r. połączyła 13 hrabstw w 5 regionów i 271 gmin w 98. Jej celem było stworzenie jednostek na tyle dużych, by sprawnie utrzymały strukturę z kilkoma szpitalami ostrodyżurowymi na swoim terenie. Liczba szpitali ostrych zmniejszyła się z około 40 do 21 (każdy dla populacji 200–400 tys. mieszkańców), z pełną, całodobową obsadą specjalistów. Zasada projektowa brzmiała: jakość jest ważniejsza od bliskości geograficznej, co równolegle wsparto potężną rozbudową segmentu opieki przedszpitalnej. Dziesięć lat później tamtejsze szpitale wykonywały co roku o ponad 2 proc. więcej świadczeń przy stabilnych kosztach. Na tym wyniku polscy zwolennicy modelu duńskiego zazwyczaj zatrzymują jednak lekturę.

Druga lekcja jest dla entuzjastów konsolidacji dużo trudniejsza do swobodnego przytoczenia.

Ogólnokrajowa analiza 11,4 mln przyjęć szpitalnych w trybie nagłym (obejmująca lata 2007–2016), opublikowana w „BMJ Quality and Safety” w 2022 r., nie wykazała poprawy trendu śmiertelności wewnątrzszpitalnej. Co więcej, zarejestrowała nieznaczne spowolnienie obserwowanej we wcześniejszych latach poprawy śmiertelności trzydziestodniowej. Wyraźne korzyści z reformy pojawiły się jedynie w wybranych rozpoznaniach: zawałach serca, udarach, tętniakach aorty i ciężkich urazach. Współfinansowanie ze strony gmin, które w zamyśle miało dać lokalnym samorządom silny bodziec do działań prewencyjnych, w analizie przekrojowej wcale nie zmniejszyło liczby hospitalizacji – gminy płaciły, ale nie zapobiegały.

Mechanizm był prosty: za każdą hospitalizację własnego mieszkańca społeczność lokalna przekazywała regionowi część kosztów. Taki rachunek miał wymusić inwestowanie w profilaktykę i opiekę środowiskową, by zredukować ruch chorych na oddziałach. Gmina nie ma jednak większego wpływu na to, ilu jej mieszkańców w danym roku dostanie zawału albo złamie biodro. Pieniądz płynął więc do regionów, a liczba przyjęć w ogóle nie malała. Ponadto skandynawska reforma wygenerowała koszt, którego statystyki śmiertelności już nie odnotowują: mieszkańcy obszarów oddalonych od nowych, zoptymalizowanych szpitali zgłaszali w badaniach utratę poczucia bezpieczeństwa zdrowotnego, a personel połączonych terytorialnie oddziałów – drastycznie większe obciążenie pracą. Z duńskich danych jasno więc wynika, że konsolidacja podnosi co prawda produktywność szpitali i wyniki leczenia w stanach nagłych o ustalonej ścieżce postępowania, natomiast absolutnie nie obniża ogólnej śmiertelności populacyjnej.

Trzecia lekcja dotyczy tego, kto de facto decydował o kształcie nowej sieci szpitali. Reforma duńska wcale nie była odpolityczniona: plany specjalizacyjne regionów zatwierdzał centralny urząd zdrowia, a rozmieszczenie placówek ostrodyżurowych ustalano w żmudnym procesie demokratycznym, zawsze w granicach wytycznych urzędu. Dostępne analizy procesu politycznego przypisują ostateczne powodzenie zmian wykorzystaniu wąskiego okna możliwości i niezwykle umiejętnemu prowadzeniu sprawy przez samą stronę rządową. Duński model to zatem silny właściciel regionalny plus mocny arbiter centralny – obaj w pełni umocowani politycznie i obaj rygorystycznie rozliczani przez wyborców ze swoich decyzji. Co ciekawe, polski samorząd lekarski powołuje się dokładnie na ten model, a zarazem postuluje jego całkowitą odwrotność, to jest wyjęcie strategicznych decyzji spod jurysdykcji polityki, a więc i wyrwanie ich spod jedynego mechanizmu, dzięki któremu obywatele mogą polityków rozliczyć.

Wielkość jednostki, która miałaby zarządzać siecią, także nie przemawia przeciw regionalizacji w naszym kraju. Duński region liczy średnio 1,2 mln mieszkańców, polskie województwo 2,3 mln. Jednostki, którym Kopenhaga powierzyła całą sieć szpitali ostrych, są więc niemal o połowę mniejsze od naszych.

Czy polskie województwa poradziłyby sobie z tym zadaniem równie dobrze?

To pozostaje pytaniem otwartym, ale obiegowy argument o rzekomo „zbyt małej skali” upada. O sukcesie rozstrzyga bowiem coś zupełnie innego – pieniądz. Skandynawski region finansuje szpitale z dotacji państwa, planowanie i kontraktowanie leżą w jednym ręku. W Polsce taką rolę musiałby pełnić oddział wojewódzki NFZ, ściśle związany ramami planu transformacji (o czym w dalszej części).

Najciekawsze w tym wszystkim jest to, o czym w obecnym sporze nie wspomniał absolutnie nikt: Polska posiada już kluczowe instytucje modelu duńskiego, funkcjonują one jedynie bez swoich właściwych uprawnień. Ustawa z 20 maja 2021 r. wprowadziła wojewódzkie plany transformacji, które sporządza wojewoda wspólnie z Wojewódzką Radą do spraw Potrzeb Zdrowotnych, a finalnie zatwierdza minister zdrowia. Dokumenty te, zintegrowane z opublikowaną w 2025 r. mapą potrzeb zdrowotnych na lata 2027–2031 (robocza nazwa: „Podstawowe Regiony Zabezpieczenia”) oraz Krajowym Planem Transformacji, stworzyły w połowie 2026 r. dokładnie taki sam komplet narzędzi planistycznych, jakimi niemal dwadzieścia lat wcześniej Dania przebudowała swoją sieć.

Naszym rozwiązaniom brakuje tylko dwóch rzeczy:

  • Pierwszą z nich jest moc wiążąca. Polski plan transformacji wciąż nie decyduje ani o tym, kto znajdzie się w sieci, ani o tym, co i od kogo kupi na rynku dany oddział wojewódzki NFZ. Pozostaje czystym opisem, rodzajem publicystyki, do której nikt nie musi się w praktyce stosować. Najlepszym na to dowodem jest poprzedni cykl planowania (2022–2026), który przeszedł do historii bez choćby jednego, publicznie dostępnego sprawozdania pokazującego czarno na białym, ile ustaleń z papieru weszło do rzeczywistych kontraktów, a ile faktycznie ukierunkowało lokalne inwestycje szpitalne.
  • Drugim brakiem jest warstwa strategiczna. Zręby obecnego planu skrupulatnie analizują epidemiologię i demografię, ale całkowicie ignorują fundamentalne znaczenie placówek dla fizycznego bezpieczeństwa państwa, o co zresztą głośno upomina się konsultant krajowy w dziedzinie chirurgii ogólnej, prof. Jerzy Sieńko. Sieć z 2017 r. (czyli archaiczny wykaz placówek w systemie podstawowego zabezpieczenia świadczeń) była od tamtej pory wielokrotnie mechanicznie przedłużana, bez rzetelnej, ponownej kwalifikacji podmiotów. Dokładnie to samo uczynił 10 września 2026 r. Stały Komitet Rady Ministrów, przesuwając bez refleksji ważność wykazu z czerwca 2027 na 30 czerwca 2029 r. Schemat zabezpieczenia opieki szpitalnej otrzymał w ten sposób kolejną datę ważności, a plany transformacji wywalczyły dwuletnie okno, w którym mają realną szansę stać się czymś więcej niż tylko martwym aktem. Zanim organizator systemu po nie sięgnie, warto jednak zobaczyć, jak owo siedem różnych, sprzecznych diagnoz wpływa dziś na codzienną orkę na oddziale.

Szpital dwóch prędkości

Rozbieżność diagnoz stanu polskiego szpitalnictwa ma druzgocący skutek praktyczny. Do dyrektorów podmiotów leczniczych docierają instrukcje, które, choć wydane w tym samym tygodniu, wzajemnie się wykluczają. We wrześniu zarządzający placówką usłyszał z jednej strony, że bolesna reforma zostaje odroczona o rok. Pięć dni później dowiaduje się jednak z oficjalnych pism, że nowo podpisywane umowy podlegają rygorystycznemu limitowi już 30 dni od publikacji ustawy, a tylko dotychczasowe kontrakty zyskują obiecane 12 miesięcy na adaptację.

Zatem od trzydziestego dnia po publikacji ustawy dwóch anestezjologów na jednym dyżurze będzie pracowało obok siebie według dwóch zupełnie innych reżimów płacowych, a nieszczęsny dyrektor szpitala będzie zmuszony wytłumaczyć im obu, dlaczego tak się dzieje. W Nisku etaty doświadczonych pielęgniarek obcięto do 0,92 wymiaru czasu pracy, a w innych szpitalach na Podkarpaciu do 0,9. W tych dramatycznych cięciach bezlitośnie ujawnia się potężna sprzeczność, o której oficjalna debata milczy. Obowiązujące wskaźniki zatrudnienia z rozporządzenia o świadczeniach gwarantowanych przeliczane są na łóżko. Zatem szpital mający poprawną obsadę kadrową, który teraz drastycznie tnie etaty, żeby udźwignąć narzuconą przez państwo podwyżkę, staje przed bolesnym wyborem: zredukować liczbę łóżek dla pacjentów albo świadomie złamać ustawową normę zatrudnienia. Wszystkie strony sporu powtarzają oczywiście zgodnie, że łóżek jest w Polsce za dużo. O tym jednak, które konkretnie łóżka mają z oddziałów zniknąć, powinien rozstrzygać merytoryczny plan potrzeb zdrowotnych, a nie chłodna, bezduszna arytmetyka z listy płac. O tym jednak w żadnej z siedmiu diagnoz nie znajdziemy choćby słowa.

W tym miejscu wraca trzecie kardynalne pytanie: o pieniądze. Wraca z liczbą, która de facto unieważnia dużą część akademickiego sporu o ustrój NFZ. Zgodnie z oficjalnymi sprawozdaniami dotacja podmiotowa z budżetu państwa dla funduszu wynosiła:

  • 0,2 mld zł w 2023 r.,
  • 14,7 mld zł w 2024 r. (przy planie pierwotnym wynoszącym 8 mld zł),
  • 32,9 mld zł w 2025 r. (przy planie 18,3 mld zł) i urosła do 33,6 mld zł w 2026 r. (przy zaledwie 26 mld zł zapisanych w ustawie budżetowej).

Na 2027 r. przygotowywany projekt przewiduje już astronomiczną kwotę 41,5 mld zł, mimo że jeszcze przed rozpoczęciem roku mowa była o 35 mld zł. Nasz system utrzymuje wciąż charakter w głównej mierze składkowy (w 2025 r. 170,6 mld zł z 214,75 mld zł łącznych przychodów). Problem polega na tym, że cały, gigantyczny przyrost bieżących wydatków ponad wpływy pokrywa właśnie państwowa dotacja, a od planu na 2027 r. jej wysokość skutecznie temperuje stabilizująca reguła wydatkowa. Co gorsza, nawet po drastycznym podniesieniu owej dotacji, rzeczywisty niedobór finansowy systemu eksperci szacują na 12–14 mld zł rocznie. W takich bezwzględnych warunkach postulat rywalizacji płatników o uznaniowy pieniądz z centralnego budżetu staje się mrzonką – byłaby to wyłącznie konkurencja o łaskę ministra finansów. Pacjent zszedłby na jeszcze dalszy plan.

Najsłabszym konstrukcyjnie ogniwem całego rządowego pakietu jest finansowanie okresu przejściowego: czasu pomiędzy bolesnym wygaszeniem zakresu w jednym szpitalu a zbawiennym przeliczeniem powiększonego ryczałtu w drugim. Idea konsolidacji zakłada naiwnie, że pacjenci z likwidowanych oddziałów płynnie trafią do sąsiednich placówek. Tyle że ośrodek, który bohatersko przyjmie rzeszę nowych chorych, wykona ogromną liczbę nieplanowanych świadczeń, ale jego ryczałt finansowy – z definicji wyliczany z wykonania za rok poprzedni – wzrośnie dopiero z opóźnieniem w roku następnym, gdy zadziała wskaźnik korygujący. W budżecie takiej placówki powstaną gigantyczne nadwykonania. Tymczasem wiceminister zdrowia Katarzyna Kęcka pisze wprost w odpowiedzi na interpelację, że NFZ sfinansuje je tylko wtedy, gdy akurat będzie dysponował wolnymi środkami, czyli wyłącznie warunkowo.

W skrócie – szpital ratujący pacjentów i ratujący reformę będzie kredytować polskie państwo bez jakichkolwiek odsetek, bez żadnego konkretnego terminu spłaty i bez elementarnej pewności, że państwo w ogóle te pieniądze odda. Zarysowany powyżej mechanizm nie jest wcale biurokratycznym niedopatrzeniem. To świadoma, systemowa konstrukcja, w której wykonanie procedury ratującej życie nie tworzy prawnego zobowiązania płatnika, a dyrektor ratującej system placówki bierze potężny ciężar finansowy na swoje barki. Wystarczy zatem, by dyrektorzy zachowali się po prostu racjonalnie i masowo odmówili udziału w takiej „konsolidacji”, a hucznie ogłoszony wrześniowy pakiet z dnia na dzień straci swoich jedynych wykonawców.

Dlatego w tym newralgicznym miejscu spór o właściwego dysponenta reformy przestaje być wyłącznie problematyką organizacyjną.

Przypomnijmy – art. 68 ust. 2 konstytucji nakłada na polskie władze publiczne bezwzględny obowiązek zapewnienia obywatelom równego dostępu do świadczeń. Samorząd lekarski ma święte prawo opiniować i współkształtować tę politykę, ale nigdy nie może być ostatecznym jej arbitrem, z prostej przyczyny – nikt nie pociągnie go do odpowiedzialności. A tymczasem zwykły, przeciążony pracą dyrektor szpitala musi w nadchodzącym kwartale samodzielnie podjąć trzy kluczowe decyzje. Niezależnie od tego, co ostatecznie wymyśli Warszawa:

  • Po pierwsze, kontrakty zawierane 30 dni od publikacji nowej ustawy musi obligatoryjnie spisać z pracownikami na sztywnych zasadach stawki godzinowej i określonej liczby zadań.
  • Po drugie, swój autorski program naprawczy musi mocno oprzeć na wojewódzkim planie transformacji, gdyż tylko ten specyficzny dokument posiada prawną akceptację ministra. Z kolei lipcowy Schemat Zabezpieczenia Opieki Szpitalnej (rozpisujący pozostawienie zakresów w poszczególnych ośrodkach) wciąż nie ma stempla decyzyjnego i figuruje w obrocie jedynie jako ogólny materiał analityczny.
  • Po trzecie wreszcie, wniosek o wsparcie z otwartego 1 lipca naboru w Funduszu Medycznym musi jednak złożyć, opierając się na założeniach schematu – gdyż to właśnie on, paradoksalnie, posłuży ministerstwu jako żelazne sito przy ocenie dokumentacji. Żaden z tych trzech pilnych kroków nie zamierza czekać na wykuwaną w bólach mityczną reformę, bo wynika wprost z trwających naborów. Dyrektorzy tkwią w systemowym potrzasku.

Trzy odpowiedzi dla organizatora systemu

Organizator systemu, po zapoznaniu się z siedmioma sprzecznymi diagnozami, nie potrzebuje na stole kolejnej, ósmej opinii. Zdesperowany decydent potrzebuje zaledwie trzech twardych odpowiedzi, ale sformułowanych precyzyjnie. Sformułowanych tak, jak pisze je osoba, która za dwanaście miesięcy będzie musiała przed trybunałem wyborców rozliczyć się z ich fizycznego wykonania.

Kto ostatecznie decyduje o organizacji opieki szpitalnej w województwie?

Ten, kogo konstytucja bezpośrednio zobowiązuje do zagwarantowania równego dostępu do leczenia, czyli prawowita władza publiczna – i to zlokalizowana w tym miejscu, w którym jej decyzja ma jasnego adresata. Taki organ już od dawna w Polsce istnieje. Zgodnie z niezwykle trafnym postulatem prof. Jerzego Sieńki wystarczy, by w gabinecie wojewody zasiedli: konsultant wojewódzki, dyrektor regionalnego oddziału NFZ oraz przedstawiciele organów założycielskich szpitali, uzbrojeni w chłodne dane z systemu sprawozdawczego. Taki skład wręcz modelowo odpowiada strukturze Wojewódzkiej Rady do spraw Potrzeb Zdrowotnych (która i tak działa od 2021 r. i dysponuje własnym, zatwierdzonym planem transformacji do 2031 r.). Wdrożenie tego pomysłu nie mnoży bytów i nie tworzy nowych instytucji. Wzmacnia jedynie te już zakotwiczone w prawie, a wymaga raptem krótkiej nowelizacji ustawy. Taka nowela musiałaby natychmiast podnieść rangę planu transformacji ze statusu mglistej publicystyki do rangi dokumentu bezwzględnie wiążącego w kwestiach kwalifikacji placówek do nowej sieci (od lipca 2029 r.) oraz wobec planów zakupowych wojewódzkiego oddziału NFZ. Ponadto podczas następnej aktualizacji rada miałaby obowiązek włączenia do kryteriów kwalifikacyjnych, obok nudnej demografii, kwestii kluczowej – przydatności strategicznej danego ośrodka dla twardego bezpieczeństwa państwa.

Ten fundamentalny pierwszy krok można przeprowadzić jeszcze w tym roku kalendarzowym, wprowadzając szybką ścieżkę dla projektu do prac rządu. Deadline jest bezwzględny – wyznacza go projekt sztucznego przedłużenia starej sieci, który władza właśnie posyła do Sejmu. Oba te akty prawne muszą kategorycznie przejść proces legislacyjny ramię w ramię. W przeciwnym razie parlament klepnie zamrożenie skansenu na kolejne 24 miesiące, pozbawiając się jakiegokolwiek narzędzia do kształtowania jego nowej bryły.

Zbudowanie mocy wiążącej planu wymagać będzie jednak jasnej odpowiedzi na pytanie, który dokładnie poziom funduszu (centrala w Warszawie czy oddział w terenie) ostatecznie podejmuje brzemienne w skutki decyzje o zakupie świadczeń. Obserwowane w ostatnich miesiącach niepokojące trendy grawitują ku pełnej centralizacji. Plany wojewódzkie ma sporządzać sam prezes, a nie dyrektor lokalny. Monitorowanie kolejek przejmuje całkowicie warszawska centrala (od 1 października br.). Równolegle projekt pozwala enigmatycznemu „funduszowi” zawieszać szpitalom twarde wymogi kadrowe (bez wskazania kto i na jakim szczeblu przystawia pieczątkę). Wobec takich zapisów ranga dokumentu wojewódzkiego (planu transformacji) musi zostać jednoznacznie ustalona: jeśli ma on wiązać ręce płatnikowi w terenie, to wojewódzki NFZ musi mieć prawną moc sprawczą do realizacji wytycznych wojewody. W przeciwnym razie Warszawa kupi co innego, a wojewoda zaplanuje co innego. Nowe prawo musi kategorycznie nakazać lokalnemu dyrektorowi NFZ kontraktowanie usług zgodnie z wytycznymi planu terytorialnego. Z kolei wszelkie odstępstwa od tego kanonu powinny wymagać uprzedniej, twardej zgody Wojewódzkiej Rady do spraw Potrzeb Zdrowotnych, a nie prezesa przy ulicy Rakowieckiej. Co więcej, powyższy model znakomicie rezonuje ze słusznym postulatem samorządu lekarskiego o prawdziwym odpolitycznieniu sektora. Odcięcie sznurków warszawskiej centrali i wyrzucenie partyjnych nominatów z zarządów placówek na rzecz jawnych, fachowych konkursów to rozwiązanie zasługujące z miejsca na gorący aplauz.

Jaka powinna być żelazna sekwencja reformy?

Kolejność musi być bezwzględnie następująca: na samym początku bezwzględny pomiar, na jego podstawie racjonalny plan, po nim wiążąca decyzja, a dopiero na końcu zabezpieczone, twarde finansowanie krwawiącego okresu przejściowego. Zaburzenie tego domina zawsze kosztuje system minimum 12 miesięcy chaosu (bo tyle trwa mozolny czas upływający pomiędzy dumną wdrożeniową decyzją podjętą w ciemno, a spływem chłodnych danych uświadamiających włodarzom ich dotkliwą pomyłkę). Obecny pakiet wywrócił tę logiczną zasadę do góry nogami aż dwa razy: wprowadzono brutalny limit płac przed zbadaniem realnej siatki godzin personelu i sztucznie reanimowano archaiczny układ sieci przed przygotowaniem rzetelnego planu jej nowej konstrukcji.

Kupione naprędce przedłużenie życia dla obecnej struktury daje mimo wszystko nowemu reformatorowi oddech do połowy 2029 r. Harmonogram pracy naprawczej jest zatem oczywisty. Czwarty kwartał 2026 r. to faza twardego pomiaru zyskanie wiarygodnych danych z PESEL i systemu P1 oraz ujawnienie prawdziwej relacji wydatków płacowych do budżetów placówek, a wszystko to podane opinii publicznej z otwartą przyłbicą jako oficjalny „stan zero”. Pierwsza połowa 2027 r. to faza precyzyjnego PLANU: aktualizacja szesnastu wojewódzkich strategii o warstwę obronności oraz ekspresowa, skrócona retaryfikacja kluczowych, nadpłacanych dotąd 20 procedur ambulatoryjnych, ze ścięciem haraczu prowizyjnego z chorych 50–70 proc. do maksimum 30 proc. Druga połowa 2027 r. z kolei to czas na decyzje ustalenie surowych, powszechnie wiadomych wymogów kontraktowych dla powiatowych grup szpitalnych i sztywnej, bezpiecznej dla dyrektorów reguły korygującej dla ratujących system oddziałów przejmujących w locie odrzucanych pacjentów. 2028 r. to na koniec wielki finał: nowa, spójna i twarda w zapisach ustawa o wykazie szpitali.

Z jakiej puli zapłacić za rok rewolucji, który dziś kredytują wyciskane szpitale przejmujące leczenie?

Dokładnie z tych samych środków, które już szerokim korytem płyną do ochrony zdrowia. Środków, które administracja centralna zaczęła wreszcie nieśmiało powiązywać z regionalnymi mapami drogowymi, choć ewidentnie zabrakło jej odwagi, by nazwać to głośno wymogiem kategorycznym. W otwartym w lipcu miliardowym naborze wnioski miały być walidowane przez pryzmat wojewódzkich wskaźników mapy potrzeb. Wystarczy przenieść to samo obostrzenie na pozostałe strumienie pieniędzy. Inwestycje z Funduszu Medycznego na modernizację muszą od teraz bez mrugnięcia okiem trafiać tylko do oddziałów, których gruntowna zmiana specjalizacji jest literalnie wpisana w zaktualizowane plany transformacji. Po drugie rygorystyczny mechanizm art. 118 ustawy, rozkładający zasoby pomiędzy lokalnymi oddziałami NFZ, powinien bezwzględnie podążać za pacjentami przenoszonymi wedle zaleceń planu, ucinając pępowinę z historycznym wycenianiem zeszłorocznego ruchu u świadczeniodawców. Wprowadzenie tych korekt nie nadwyręży w żaden sposób mitycznej reguły wydatkowej. Rozporządzenia te nie pompują bowiem nowej puli miliardów do wora, lecz w chirurgiczny sposób redystrybuują dotychczasowy budżet. Zmiany da się zapisać w jednym prostym ministerialnym rozporządzeniu, więc od ręki można je przenieść na przyszłoroczne funkcjonowanie NFZ. A wszystko to wymaga spełnienia jednego, jedynego – acz bolesnego – warunku czysto politycznego. Gospodarz systemu musi nabrać powietrza i na żywo przed kamerami zacytować prezesa Szulca z Karpacza: tak zwana ustawa podwyżkowa zrobiła już swoje. Koszty tej regulacji zostaną z budżetem państwa na dziesięciolecia, ale to właśnie tempo ewentualnych, nadchodzących waloryzacji bezpośrednio zdecyduje o rzezi łóżek i zwolnieniach wśród załóg w 2028 r.

Nasuwa się wreszcie finalne pytanie – właściwie po co ta cała tytaniczna bitwa o reformę?

Otóż nowoczesny oddział z łóżkami – o czym celnie przypomina znowu prof. Sieńko – to w dzisiejszym, niestabilnym świecie nie jest taśma montażowa do taśmowego „odbębniania” opłacalnych zabiegów planowych. To dwudziestoczterogodzinna, ubezpieczająca populację twarda polisa, gwarantująca najwyższą formę gotowości na wypadek losowego zagrożenia. Owe sto dwadzieścia oddziałów chirurgicznych i ponad sto pięćdziesiąt nieszczęsnych „kardiologii”, balansujących dziś pod progiem przyzwoitości organizacyjnej, wcale nie powinno trafić z definicji pod rzeźnicki nóż. To ogromny rezerwuar zasobów dla polskiego państwa. Szpitale te powinno się poddać rygorystycznemu przeprofilowaniu w stronę dwóch segmentów, w których de facto toniemy z braku zabezpieczenia. Po pierwsze: należy z nich uczynić oddziały opieki długoterminowej oraz geriatrycznej, czyli ratunek na zapaść numer jeden w polskim systemie. Po drugie – strategiczne ośrodki czuwania, uśpione rezerwy infrastruktury, które pod kuratelą władzy publicznej będą w stanie przywrócić szybką gotowość uderzeniową w przypadku uderzenia wirusa czy bomby i staną się na powrót klasycznymi łóżkami ostrymi. Polska nie cierpi wcale na strukturalny brak materii – lekarzy, maszyn, tlenu. Polska powoli zdycha z braku instrumentów pozwalających racjonalnie zarządzać swoim majątkiem w razie załamania pokoju.

W tym ujęciu prawdziwym sukcesem przebudowy naszego państwa nie będzie wcale imponująca, sucha statystyka zlikwidowanych oddziałów ani też złośliwe, triumfalne upokorzenie lekarzy gilotyną finansową. Zostanie nim po prostu realny czas mierzony zegarkiem ze stoperem. Czas, w jakim polski wojewoda z użyciem podległych mu systemów bezwzględnie zdoła przestawić machiny obronne swojego terytorium. Administracja publiczna została do tego doskonale powołana prawnie: dzierży lokalne mapy „Podstawowych Regionów Zabezpieczenia”, ma pod ręką rozległe akta planów transformacji, koordynuje urzędnicze zespoły rad do spraw potrzeb, dyktuje kierunki ubezpieczycielowi, a jej wojewodowie twardą ręką kierują kryzysowym ramieniem.

Dlaczego wciąż ten aparat nie działa?

Ten sam konglomerat decyzyjny, który dziś na spokojnie planuje układ sił w czasach pokoju, odpowiada głową za zrealizowanie planu „w godzinie W”. Żadne ministerstwo ani żadna warszawska centrala NFZ w pierwszych dwudziestu czterech godzinach pożaru nie uratuje oddalonego o kilkaset kilometrów miasteczka zalanego wodą lub rażonego rykoszetem wschodniej machiny wojennej. Jeśli region nie zabezpieczy egzystencji swoich podatników samodzielnie – opierając się na wydolnej rezerwie terenowych, dawniej „niewydolnych” kardiologii – na pomoc z zewnątrz będzie czekał daremnie. Pociągi z węglem muszą mieć gdzie wjechać, aby go rozładować; wojska pomocnicze – logistyczne przedpole; a ewakuowani ranni – sprawnego gospodarza na peronie. Dlatego to właśnie bezwzględny parametr czasu wznawiania rezerw – odczytywany na ekranie w sztabie przy pomocy Systemu Ewidencji Potencjału Świadczeniodawcy (bazy, która od roku 2027 z chirurgiczną precyzją wykaże każdy centymetr przestrzeni, każdy reduktor tlenu w czasie rzeczywistym) – musi stanowić jedyny mierzalny kamień milowy w tabelach zaktualizowanego, merytorycznego planu transformacji. Prawdziwą miarę dojrzałości i suwerenności Rzeczypospolitej na jej najniższym, lokalnym szczeblu organizacyjnym.

Zaproponowany zręcznie przez samorząd lekarski program reformy polskiego lecznictwa jest tekstem o ogromnej wadze. Każdy pracownik administracji państwowej zarabiający w obszarze publicznej ochrony zdrowia ma obowiązek przeanalizować ten manifest od linijki do linijki. Trzy pomysły zeń wywiedzione zasługują na przeniesienie do ustawy dosłownie w relacji „jeden do jednego”: obligatoryjne i bezkompromisowe wyrzucenie politycznych nominatów ze skórzanych foteli w dyrekcjach szpitali, postawienie w to miejsce w 100 procentach jawnych, bezwzględnych i merytorycznych konkursów o wysokiej poprzeczce oraz nowatorski projekt tachografów zasysających twarde dane o realnym czasie z systemu P1.

Co jednak z czterema kolejnymi filarami planu Naczelnej Izby Lekarskiej?

Niestety, dla ratowania Rzeczypospolitej wektory tych pomysłów powinny ulec odwróceniu o 180 stopni. Zamiast nadzorowania systemu zdrowia gremium niepodlegającym wyrokom wyborców – postawienie nadzorcy rygorystycznie odwoływalnego przy najbliższej urnie. Zamiast wstrzymywania decyzji płacowych w zawieszeniu do momentu kosmicznej nowej wyceny, pożerającej gigantyczne kapitały narodu – brutalne zaciśnięcie opaski regulacyjnej przy jednoczesnym wiążącym wyznaczeniu precyzyjnej daty przeprowadzenia wielkiej chirurgii, retaryfikacji wygaszającej ogniska pożaru. Zamiast mętnego „namysłu nad systemem wielu konkurujących płatników” – rygorystyczne zabezpieczenie wyciekających miliardów pomiędzy wpływami, bo zależny od uśmiechu politycznego z Wiejskiej płatnik siłą rzeczy przestaje starać się o los starca w szpitalnym łóżku, a zabiega jedynie o posłuch u swojego pryncypała w Ministerstwie Finansów. No i wreszcie, zamiast heroicznego zamrażania starych murów za wszelką cenę przed widmem przeprofilowania, należy twardo zdecydować na piśmie, który z nich od dzisiaj leczy ostro, a który staje się bezpieczną polisą powołaną do odzyskiwania seniorów i strzeżenia granic kraju. We wszystkich wspomnianych czterech kluczowych blokach plan NIL uczciwie broni – bo do tego w końcu został powołany – żelaznego interesu swojego środowiska. Ale to władza jest od bronienia interesu systemu.

Mądry organizator, czytający tak napisaną, ekspercką partię szachów pomiędzy korporacją a państwem, wyczyta z powyższych linijek tysiąckrotnie więcej, niż potrwałyby mozolne, powierzchowne, bezproduktywne, oficjalne i rozmyte konsultacje publiczne mitycznego „wrześniowego pakietu”. Pozna dokładną granicę zaufania z partnerem, granicę, za którą środowisko gotowe jest walczyć na barykadach reform, oraz czerwoną linię, zza której administracja, używając dekretów i terminów bez drogi ucieczki, musi przeprowadzić naród na drugą stronę własnymi rękami. Przenieść państwo bez pytania o zgodę na podstawie rozporządzeń, a nie przedłużających w nieskończoność rozmów na kolejnych jałowych szczeblach.

Władza, która siedmiu rozedrganym pomysłom przypisze na nowo jednego menedżera, przyporządkuje mierzalne zadania i stoper pod presją, miarą chwały uczyni wznawianie sprawności dla szpitali w apokalipsie, a nie odhaczanie słupków wydajności za usunięty narząd – zapisze się po raz pierwszy od ponad dekady w kartach wielkiej polskiej chluby państwotwórczej. Taka reforma złamie impas zwyczajnego, dusznego powielania na ślepo załączników sieci wycenianych jeszcze w 2017 r. I odwrotnie, reforma, która łaskawą akceptację na ból po odczytaniu temperatury u chorego weźmie jako zwolnienie z operacji – w praktyce położy na kolejne dziesięciolecie polski system zdrowia do formalinowego, obłożnego łoża zakaźnego, puszczając krew i fundusze narodu w zlew.

Ruch na szachownicy, rozjemcza rola w wojnie starych struktur z nowymi ideami nie leży więc na barkach białych fartuchów w lekarskich stowarzyszeniach ani na ugiętych grzbietach dyrektorów płatnika walczącego o państwowy ryczałt. Pociągnięcie szachowe leży w całości po stronie urzędującego ministra zdrowia Rzeczypospolitej. Wyłącznie jego głową konstytucja odpowiada i zaręcza za wyleczenie tkanki narodu. Kalendarz tyka bezwzględnie, mknąc jak błyskawica, a termin to najpóźniej czerwiec 2029 r. Wedle podpisanego 10 września dokumentu to właśnie owa mityczna data zamyka ostatecznie resztki oddechu przydzielone nam w ramach wygasającego porozumienia na reanimację starego kształtu ojczyzny z 2017 r.

Siedem fachowych raportów, siedem przerażających rozpoznań choroby na tym samym stole operacyjnym patrzy więc w oczy tylko jednemu, milczącemu wciąż ciału. Czeka bowiem tylko na podpis wybitnego lekarza z gabinetu – odważnego ordynatora z ramienia władz Rzeczypospolitej – który na karcie krwawiącego i otwartego leczenia zatwierdzi do zrealizowania ostateczne, odważne, jedyne i surowe rozpoznanie patologii i ruszy do dzieła na żywej tkance.

Menedzer Zdrowia facebook

Działy: Aktualności w Menedżer Zdrowia Tylko w „Menedżerze Zdrowia” Wywiady Aktualności
Tagi: związki zawodowe Grzegorz Gielerak Łukasz Jankowski Andrzej Sośnierz Cezary Pakulski Piotr Czauderna Jarosław Fedorowski Katarzyna Kęcka Jakub Szulc Jerzy Sieńko Mateusz Komza Andrzej Domański Narodowy Fundusz Zdrowia NFZ Ministerstwo Zdrowia ochrona zdrowia reformy szpitali szpital szpitale finansowanie szpitali kryzys w medycynie taryfikacja świadczeń